— Stop! — naraz zawołał Moryc, a głos jego zdradzał przerażenie.

— Co się stało? — padło raz po raz sześciokrotnie powtórzone pytanie, a serca uczestników tej „ekipy” zabiły mocno i niespokojnie.

— Usłyszałem zgrzyt. Zdaje się, że ktoś tam się dobiera. — wyszeptał Moryc.

Przez chwilę wszyscy stali bez ruchu, jakby skamienieli. Natężyli słuch, by pochwycić najmniejszy szmer. Naraz kilka szczurów prześlizgnęło się między nogami Moryca. Ten odskoczył, nie mogąc opanować okrzyku, który wyrwał mu się z piersi. Jego przerażeniu towarzyszył wybuch śmiechu kompanów.

Wszyscy mieli na sobie kombinezony robotnicze, a na rękach, aż po łokcie, skórzane rękawice. Każdy zaopatrzony był w latarkę elektryczną — na wszelki wypadek, gdyby instalacja elektryczna zawiodła, no i — rewolwer — w razie gdyby...

Wreszcie dotarli do betonowej ściany skarbca.

— Stoimy przed „burżujką” — rzekł z zadowoleniem Krygier.

Pod ścianą tunel rozszerzał się, by uczestnicy wyprawy mogli się swobodniej poruszać. Krygier wypróbował wytrzymałość ściany przy pomocy płynu chemicznego. W pewnej chwili odezwał się do Janka:

— Zapominasz, gdzie jesteśmy.

Janek powiódł ręką po czole, jakby chciał odpędzić od siebie natrętne myśli i jednocześnie uprzytomnić sobie coś ważnego. Nie wyrzekłszy ani słowa, Janek zbliżył się do ściany betonowej i zajął miejsce Krygiera.