Dozorca przechodził piekło w urzędzie. Posądzono go o udział w grabieży. Nie można było uwierzyć w to, by dozorca nie zauważył choć razu jednego, jak włamywacze wywozili wykonaną ziemię. Dozorca tłukł głową o mur, zaklinał się na wszystkie świętości, że o niczym nie wie i że niczego nie widział. Ale jego słowa nie budziły zaufania. Wzmocnił on podejrzenie władz śledczych w stosunku do swojej osoby, gdy nie rozpoznał nikogo z fotografii okazanych mu w Urzędzie Śledczym. Komisarz Żarski okazał mu również fotografię „Klawego Janka”.
I jakże dozorca mógł rozpoznać włamywaczy, kiedy uczestnicy zuchwałego przedsięwzięcia byli świetnie ucharakteryzowani? Nie tylko dozorca nie mógł ich o to podejrzewać, ale komisarz Żarski także nie wpadł na podobny pomysł...
Komisarz Żarski nie miał wątpliwości, że włamania do skarbca banku dokonali mieszkańcy willi w Poznaniu, ale nie miał się czego uczepić. Włamywacze nie pozostawili po sobie żadnych śladów, które by ułatwiły ich wytropienie. Musiał teraz zachować większą ostrożność, tym bardziej, że w Poznaniu nie we wszystkim mu się powiodło. Ogrodnika, którego zatrzymał, musiał z braku dowodów winy uwolnić.
W rozmowie z hrabiną Mołdakową, którą zaprosił do siebie tuż po powrocie z Poznania, nabrał przekonania, że ogrodnik jest niewinny. Hrabina, dowiedziawszy się, od kogo nabył jej administrator willę w Poznaniu, zrezygnowała z przeprowadzki i pozostała w Warszawie.
Na dnie duszy Żarskiego rozmowy z hrabiną pozostawiły dziwny osad. Żarski miał blade przeczucie, że hrabinę otacza jakaś tajemnica. Nie śmiał o tym mówić na głos.
Komisarz Żarski nie zapomniał o Anieli, która zniknęła niby kamfora. A jej pantofel, w co nie wątpił, że tak jest, strzegł u siebie jak źrenicy w oku.
A Wołkow przechodził tajemnicze przemiany. Był zakochany, zadumany, roztrzepany. Robak ukryty toczył jego organizm. Przyznał się w rozmowie z Żarskim, że zdrowie mu nie dopisuje i dlatego nie powiodły się jego usiłowania w kierunku wytropienia bandy. Po włamaniu do skarbca Banku, Wołkow był tak wstrząśnięty, jakby co najmniej stracił wielki majątek ulokowany w jednej z kasetek ograbionego skarbca. Z rozmów z Wołkowem komisarz Żarski przekonał się, że aspirant coraz częściej zagląda do kieliszka.
— Muszę pić — tłumaczył się Wołkow — ta banda wytrąca mnie z równowagi.
Dawne podejrzenia, które Wołkow wzbudzał w komisarzu Żarskim, odzywały się z większą siłą. Ale żadnych dowodów przeciw Wołkowowi nie udało się Żarskiemu zebrać. W duchu Żarski począł powątpiewać w swój talent detektywa.
Wołkow przechodził istne piekło ze strony swojej ukochanej, przezywanej „zimną kokotą”. Stawała się dla niego coraz niebezpieczniejsza. Z każdym dniem jej władza nad nim wzrastała. Trzymała go mocno pod zgrabnym pantoflem. Już nie ukrywała przed nim, że utrzymuje stosunki ze światem podziemnym. Nie była zawodową prostytutką. Wiedziała, że to prowadzi do rynsztoku. Wołkow nie był jej pierwszą ofiarą, która dostała się w jej sieci pajęcze. Ale jego potrafiła na dłużej przykuć do siebie. Instynktem kobiecym wyczuła, że Wołkow coś ma na sumieniu. I trzymała go mocno w swoich szponach.