Moryc wyjął z kieszeni małą buteleczkę z płynem. Podsunął ją, po odkorkowaniu, pod nos Janka, który na chwilę podniósł głowę do góry, wybałuszył oczy, by potem zarzucić w tył głowę bezwładnie. Zasnął.

— Uważaj, by nie zasnął na wieki — dodał z przekąsem Krygier niezadowolony, że Moryc popisał się przed zgrają.

— Jesteś, co prawda, inżynierem — nie pozostał Moryc Krygierowi dłużny — ale wiedz, że ja coś niecoś wiem o chemikaliach. Grunt to kultura — dorzucił sentencjonalnie.

W tym momencie rozległ się turkot motoru, a w chwilę później usłyszano parol Felka. Wrócił z taksówką.

— Brać go! — zakomenderował Krygier. — Szkoda każdej chwili. Broń w pogotowiu!

Wszyscy zarepetowali automatyczną broń palną. Antek i „Milczek” powoli posuwali się w stronę garażu, nosząc „paczkę”. Wyprzedzała ich trójka, która miała baczyć, by nie było wsypy.

Ale taksówka ruszyła z miejsca i w mgnieniu oka zniknęła za zakrętem. Pełnym gazem pomknęła w stronę Pragi, gdzie zatrzymała się przed dwupiętrowym domkiem. Tam mieściła się melina „Bajgełe”.

A Warszawa miała sensację! Czegoś podobnego jeszcze nie było! Gazety rozpisywały się o niebywałym włamaniu do banku, jego skarbca i kasetek. I chociaż szczegółów było brak, reporterzy poświęcali olbrzymie opisy tej niebywałej grabieży. Kilka dni upłynęło, zanim można było dostać się do skarbca i ustalić wysokość strat. Uszkodzone drzwi żelazne nie otwierały się. Dyrekcja banku telegraficznie wezwała z zagranicy inżyniera, który zbudował skarbiec. Dyrektorowie w duchu podejrzewali, że ze skarbcem nie wszystko jest w porządku, ale nikomu nie wpadło na myśl, nawet zawiadowczej policji, że drzwi te zostały świadomie zasypane ziemią przez włamywaczy... A przecież nie mogło im wpaść na myśl, że gdzieś aż z czwartego podwórza włamywacze podkopywali się pod ziemią i tunelem dostali się do skarbca...

Garaż, od którego nasza paczka rozpoczęła pracę podkopu, mieścił się na posesji położonej w odległości czterech domów od banku. Komuż to mógł wpaść do głowy taki pomysł? Dopiero gdy po wielkim wysiłku drzwi pancerne wyważono — pękła „bomba”.

Zabrano się przede wszystkim do dozorcy domu, w którym mieścił się garaż. Dozorca nie ukrywał niczego. Przeciwnie — chwalił się nawet, że widział, jak wyniesiono z garażu dziwną paczkę, ale odtąd „ludzie z garażu” nie pokazywali się więcej.