Felek bez słowa zaczął wypróżniać kieszenie.
— Zamknij tylko za sobą drzwi garażu na klucz — rzucił mu na odchodne Krygier, niezadowolony z tego obrotu rzeczy.
Wszyscy stali zgrupowani dokoła Janka. Każda minuta wydawała się im wiecznością. Zegar wskazywał, że już dawno dzień nastał. Nad nimi panował w mieście ożywiony ruch. Zdawali sobie sprawę, że to pogarsza ich stan, choć łatwiej wślizgnąć się w ogólny ruch ludzki i nie wzbudzać podejrzenia.
Czas upływał. Niepokój wzrastał. Każda minuta zwiększała niebezpieczeństwo...
W tym napięciu każdy z nich zastanawiał się nad planem wywiezienia Janka. Zdawali sobie sprawę, że to przedsięwzięcie nastręcza wysokie ryzyko. Cała wyprawa oraz włamanie do skarbca nie kryło w sobie tyle niebezpieczeństw, ile nastręczało ratowanie oszalałego kompana. Wiedzieli też, że tu, w tunelu Janek nie może wyrządzić im krzywdy, ale tam — na górze...
Oho! Czyż trzeba wyjaśnić, jaka byłaby to sensacja gdyby pochwycono Janka, którego policja z całej Polski nadaremnie poszukuje od dłuższego czasu po niebywałej ucieczce z Pawiaka? A czyż mniejsza byłaby sensacja, gdyby wraz z Jankiem schwytano jego „świtę” z legendarnym Krygierem na czele?
Przyznawali w duszy, że najlepszym wyjściem byłoby pozostawienie Janka w tunelu... Ale charakter złodziejski nie pozwalał im na to.
— Jak go wyniesiemy stąd? — przerwał Krygier milczenie. — Przecież może nam „zaśpiewać” na górze tak, że płakać się będzie chciało.
— Mam na to radę — wtrącił się Moryc. — My, Amerykanie zawsze potrafimy kulturalnie załatwić sprawę.
— No, to pokaż już raz twoją kulturę amerykańską — denerwował się Krygier.