Już, już miał go dotknąć palcami, gdy naraz policjant ocknął się. Jak nożem przeciął ciszę nocną głośny okrzyk.
— Stać!... Kto idzie?!...
— Stać! Bo strzelam!... — powtórzył niepewnie i groźnie zarazem.
Podejrzany człowiek nie tracił ani chwili. Całą siłą swoich wprawnych nóg pędził przed siebie. Myśl o śladach, które zostawiał na śniegu, dodawała mu sił do ucieczki.
Policjant zrazu nie zorientował się, co zaszło. W pierwszej chwili myślał, że dzielnicowy urządził mu kawał, zabierając karabin, wnet jednak zrozumiał, że jest w błędzie.
Chwila wahania. Zrzucił z siebie ciężki kożuch i słomiane pantofle. Rewolwer błysnął w jego ręku. Kilka strzałów przeszyło powietrze, ale uciekający zdążył przerzucić karabin przez parkan, żałował w duchu ryzykownego postępku.
„Złapią, będę miał brzydką sprawę” — pomyślał.
Policjant, po kilku minutach pościgu, oparł się o parkan, sapiąc ciężko. Był w rozpaczy. Kroki uciekającego zupełnie już ucichły. Nie wątpił, że miał do czynienia z niebezpiecznym opryszkiem, ale po co potrzebny mu był karabin?
— Co robić, co robić? — szeptał do siebie. — Co powiem w komisariacie na swoje usprawiedliwienie?
Zły był na siebie, że usnął, ściskał kurczowo rewolwer i bliski był samobójstwa. Tylko myśl o Marusi, którą kochał, powstrzymywała go od desperackiego kroku.