„A może zataić ten wypadek?” — pomyślał w duchu. — Ale karabin? Karabin!... — wykrzyknął, uderzając się pięściami po głowie.
Nagle przypomniał sobie kożuch, który porzucił na chodniku. Dreszcz zgrozy przebiegł mu po ciele.
— Złodzieje mogą mnie nieźle urządzić. Ładnie bym wyglądał — uśmiechnął się gorzko — gdyby mi i kożuch w dodatku sprzątnęli...
Uczynił krok naprzód. Wtem prawą nogą dotknął jakiegoś przedmiotu. Przystanął z bijącym sercem.
Może ten opryszek podrzucił bombę?
Chciał czym prędzej się oddalić, nie sprawdzając nawet, na co nastąpił. Ciekawość jednak wzięła w nim górę.
Powoli, ostrożnie przyświecił lampką elektryczną. Ujrzał skórzaną tekę.
Była wypchana i obwiązana dokoła mocnym szpagatem4.
Postanowił udać się natychmiast do komisariatu. Wtem usłyszał odgłosy kroków. Przejęty strachem wyciągnął rewolwer, gotowy do obrony.
— Stać!!! Kto idzie??? Nie ruszać się z miejsca, bo kula w łeb!... — dodał groźnie, dzwoniąc przy tym zębami.