W oczy rzucał się pewien starszy jegomość. Wciąż zamawiał i rozkazywał, zwracając na siebie zazdrosne oczy mniej zamożnych kupców.

Przebierał w najdroższych towarach i prędko decydował się na kupno. Subiekci skakali wokoło niego „na łapkach”. Nie targował się wcale o cenę, prosił tylko, aby liczono mu niedrogo, płaci bowiem za wszystko gotówką.

Szef firmy zaprosił, aby się przysiadł do niego i jął go wypytywać o zdrowie rodziny, podsuwrając z respektem rachunek na wielką sumę.

Kupiec przejrzał pobieżnie rachunek i zadowolony sięgnął prawą ręką po pieniądze. Porozpinał kilka kapot, grzebiąc nerwowo ręką dłuższą chwilę za pazuchą. Nagle zdrowa jego i czerstwa twarz pobladła, a głośny jęk wydobył się z jego ust:

— Moje pieniądze!...

— Co się stało? — krzyknął zaskoczony szef firmy.

— Okradli mnie! — wykrztusił i osunął się zemdlony na podłogę.

Został otoczony przez obecnych, którzy pośpiesznie się obmacywali na wpół przestraszeni.

— Wody! — wołał ktoś.

— Po doktora! — krzyczał drugi.