— Sam znalazłem się krytycznej nocy blisko tej dzielnicy. Strzałów pochodzących z damskiego rewolweru nie słychać było jednak tak daleko.
Komisarz nie wyrzekł już ani słowa. Zatopiony w myślach szedł wraz z Wołkowem wąską uliczką do ssysknowo otdelenia.
Wołkow rozmyślał teraz nie mniej niż komisarz. Jego myśli były skierowane w przeciwnym kierunku. Zerkał ukradkiem na komisarza, pragnął widać, aby zazwyczaj małomówny komisarz zapoczątkowaną rozmowę prowadził dalej; nie śmiał jednak pierwszy odezwać się.
Przy samym wejściu do wydziału śledczego komisarz przystanął.
— Słuchaj, Wołkow. — Położył mu przy tym prawą rękę przyjaźnie na ramieniu. — Chcesz awansować?
— Kto by tego nie chciał, panie komisarzu. — Zasalutował Wołkow.
Komisarz wyciągnął zegarek i wyrzucił:
— Dziś o ósmej wieczorem zameldujesz się u mnie. Mam z tobą coś poufnego do omówienia.
— Rozkaz, panie komisarzu! — Wyprężył się Wołkow, a serce nieomal nie wyskoczyło mu ze strachu i radości zarazem.