Zbyt długie lata praktyki miał za sobą, aby uwierzył, że zbrodniarz bawi jeszcze w Warszawie. Był niemal pewny, że cała banda znajduje się już daleko poza granicami Warszawy, a nawet i Polski. „Tylko przypadek — myślał — może przyczynić się do wykrycia tych cwanych zbrodniarzy”.
Świeża kradzież dokonana na Nalewkach dała mu jednak do zrozumienia, że grasująca z powodzeniem banda „rozpruwaczy” nie zadowala się okradaniem kas. Domyślał się, nie wiedząc zresztą dlaczego, czyja to robota. Nie wątpił wcale, że większe roboty w ostatnich czasach zostały dokonane pod czujnym kierownictwem „Klawego Janka”.
— Wstyd... Hańba — wyrzucał sobie — aby opryszki tak długo hulały bezkarnie. Po co my tu jesteśmy w ssysknom otdelenii, kiedy pod nosem robią, co im się żywnie podoba.
Przypomniał sobie zaproszenie hrabiny i piękne oczy dziewczyny, którą przed chwilą zwolnił. Nie rozumiał, dlaczego łączy w myślach obie te kobiety. Wiedział dobrze, że nie brak ludzi podobnych do siebie. Hrabina to wszak bogata kobieta, a dziewczyna zapewne pochodzi z proletariatu.
„Nasunęła się przypadkowo policjantom pod rękę, więc ją zaaresztowali” — rozmyślał w duchu.
Machnął ręką w powietrzu, jakby chciał od siebie odpędzić myśli, które uważał za niedorzeczne. Mimo woli myślał dalej o tej dziewczynie, a jej smutna twarz ciągle ukazywała mu się w wyobraźni.
Rozpoczął wędrówkę po pokoju. Widział ją teraz tak wyraźnie, że w pewnej chwili rozejrzał się dokoła. Wydawało mu się, że jest ona tak blisko, że czuje miły zapach jej pięknych, sfalowanych złotych włosów. Czuł, że traci zmysły.
„Kto to jest?” — myślał uparcie. Każde jej poruszenie tchnęło tajemnicą. Tylko jednego był pewien, że nie należy ona do rzędu podejrzanych osób.
Przeciwnie, wyglądała w jego oczach tak anielsko, że dziwił się wprost, jak policjanci mogli ją zatrzymać.
„A może jestem zakochany? — Uśmiechnął się gorzko. — Ty stary idioto — strofował siebie. — Jeszcze tego zachciewa ci się na starość?...”