— Pan komisarz raczył mnie wezwać tutaj w ważnej sprawie — odparł Wołkow trochę zbity z tropu.

— Ach tak! Proszę siadać.

Wołkow usiadł przy biurku. Skulił olbrzymią postać, chcąc wydać się jak najskromniejszy. Świdrował małymi oczkami po rozrzuconych na obszernym biurku papierach.

— Co słychać, Wołkow? — zagadnął go komisarz, przybierając ton poufny.

— Będzie dobrze, panie komisarzu.

— Wierzę — uśmiechnął się komisarz. — Skoro posiadamy takich zdolnych policjantów jak Wołkow, musi być dobrze. Przyznam ci, że zauważyłem już dawno, że masz specjalne zdolności detektywistyczne. Teraz już najwyższy czas, abyś udowodnił, że się nie mylę.

— Tak jest, panie komisarzu. Jestem zawsze do usług... Ostatnią kroplę krwi gotów jestem oddać za pana komisarza.

— Nie wymagam tego dla siebie — przerwał mu komisarz. — Zrób to dla społeczeństwa, dla ojczyzny — wyrzucił z naciskiem, patrząc mu prosto w oczy.

Wołkow zmieszał się trochę pod wpływem bystrego spojrzenia Żarskiego. Przykra myśl przeszła mu przez głowę.

„Czego ten filozof chce ode mnie? Kto wie, jakie nowe wariackie pomysły powstały w jego przebiegłej głowie o mojej osobie?”