Po chwili ciszy odparł nieśmiało:
— Nie spocznę, póki nie wykryję zbrodniarzy.
— To już zostaw dla mnie — odparł komisarz ironicznie. — Masz spełniać to, co ci rozkażę.
— Rozkaz, panie komisarzu! — wyrzucił jednym tchem Wołkow.
— Siadaj, Wołkow, i słuchaj dobrze, co ci powiem. Sam cię przedstawię do awansu.
— Dziękuję panie komisarzu, już jestem gotów zabrać się do roboty.
— Wołkow. Zawezwałem cię tutaj, ponieważ nikt tak nie zna dobrze świata podziemnego Warszawy jak ty. Wiem też, że znasz wszystkie meliny, restauracje kryjówki i miejsca zabaw, gdzie zbiera się elita złodziejska. Pamiętaj, że szukać należy „Klawego Janka” i jego wspólników. Jednego tylko nie mogę zrozumieć — zniżył głos komisarz. — Jak „Klawy Janek”, którego upodobania znam dobrze, mógł wykonać „mokrą robotę”?
— Wolał „mokrą robotę” i zwiać niż więzienie. — Zaryzykował Wołkow.
— Możliwe. — Uśmiechnął się komisarz. — Ale pamiętaj, że tym razem musimy być bardzo ostrożni. „Klawy Janek” to cwany lis. Muszę go przychwycić, choćby dlatego, by się przekonać, czy on jest mordercą. Nie wątpię, że „obróbka” kasy u hrabiny jest jego robotą. Została ona rozpruta nowym systemem, który jest jego wynalazkiem. Ja także chcę zastosować w stosunku do niego nową metodę wykrywania przestępców.
Wołkow patrzył zachwycony na komisarza. Zdawałoby się, że zachwyca go każde słowo. W rzeczywistości był zbyt zarozumiały, aby się tym przejmować.