Wołkow powoli odzyskiwał równowagę. Zrozumiał, że jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. W duchu tylko pomyślał: „niechaj się wydostanę stąd, a potem dam im nauczkę!”

Przyjrzał się bliżej Klawemu Jankowi i nie wierzył własnym oczom, że tak łagodny z wyglądu młodzian jest osławionym opryszkiem. Mózg jego przebiegła w tej chwili myśl: „ach, gdyby się tak stał cud i nadeszła w porę pomoc, byłbym przecież w ciągu sekundy nakrył tę bandę”.

Po chwili wszyscy siedzieli już przy stole.

— Co słychać w Urzędzie Śledczym? — spytał Krygier Wołkowa, uśmiechając się. — Nie stęskniliście się tam za mną?

— Oho! — uśmiechnął się Wołkow. — Gdybyście wiedzieli, jak was poszukujemy!... Ostatnie włamanie do skarbca udało się, co?

— Doskonale robota wypadła — odezwał się Janek.

— Hm... — mruknął Wołkow pod nosem. — Przynajmniej opłacała się...

— Naturalnie. Wykonujemy tylko takie roboty, które przynoszą dochód.

Bajgełe zbliżył się do Reginy i rzekł:

— Podaj do stołu. Tak miłego gościa nie podejmiemy „na sucho”. Musimy wypić „bruderszaft”.