Wołkow był nachmurzony. Ciskał gromy, robił złośliwe uwagi, unosił się, oburzał, podkreślając liczne błędy w czasie obławy. Agenci policyjni, zdaniem Wołkowa, nie przeprowadzili rewizji należycie. Nie było solidnej roboty; podniesiono hałas i wrzawę zbyt wcześnie, co było ostrzeżeniem dla świata przestępczego.

— Musimy raz na zawsze tę bandę zlikwidować! — stukał groźnie Wołkow pięścią w stół... — Jak długo będą nas za nos wodzili?!

— Panie komisarzu! Możemy te ptaszki raz dwa upolować, ale trzeba to zrobić inaczej. Należy zastosować inną, całkiem nową metodę...

Wołkow przystanął na te słowa. Zmierzył Szczupaka spojrzeniem pełnym podejrzenia i pogardy:

— Proszę bardzo, niech pan wyłoży swój plan. Ale mam wrażenie, że Ameryki po raz drugi już nikt nie odkryje...

— Moim skromnym zdaniem — odparł Szczupak, spoglądając na noski błyszczących butów — nigdy nie schwycimy tej bandy.

— Co? A to dlaczego? — udawał Wołkow, że tego nie rozumie. Nie potrafił się jednak tak opanować, by nagły przypływ krwi do głowy nie wycisnął rumieńców na jego policzkach.

— Z tej prostej przyczyny — ciągnął dalej flegmatycznie Szczupak — że banda jest o wszystkim, co u nas się dzieje, zbyt dobrze poinformowana. Zanim u nas zapada decyzja, jest ona już im znana. Oni nas skuteczniej szpiegują, aniżeli my ich. Albo wśród nas jest ich człowiek.

Ostatnie słowa Szczupak wypowiedział stanowczym głosem, jakby chciał wzmocnić swoje podejrzenia i zarzuty. Był jeszcze wciąż zapatrzony w noski swego błyszczącego obuwia, ale to mu nie przeszkadzało w stwierdzeniu silnego wrażenia, jakie wywarły na Wołkowa39 jego słowa.

— Ha, ha, ha! — zlekceważył Szczupaka. — O podobne głupie pomysły nigdy pana nie podejrzewałem. Co panu przyszło do głowy? — oburzał się Wołkow.