— Pan jest bardzo rozsądnym i wyrozumiałym człowiekiem. Nigdy nie zapomnę wyrządzonej mi przysługi — oświadczył Szczupak.
— Czy zawsze był pan o mnie takiego zdania? — spytał Wołkow, nie zdejmując oka z rozmówcy.
— Byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby mnie pan uwolnił od tej odpowiedzi — rzekł błagalnym tonem Szczupak.
— Jest pan tedy wolny. Ale mam wrażenie, że od tej chwili nie żywi pan do mnie antypatii. Zresztą miał pan teraz dowód koleżeńskości.
Rozstali się w serdecznym nastroju.
Gdy drzwi za odchodzącym Szczupakiem się zamknęły, Wołkow zaczął sobie wyrzucać postępowanie:
— Com uczynił? Co teraz będzie? Któż by się mógł spodziewać, że akurat będzie przy sobie miała kolię brylantową?...
Przez dłuższą chwilę Wołkow siedział zrozpaczony. Różne przykre myśli przechodziły mu przez głowę. Przypomniał sobie, jak zamordował policjanta. Jego oczom ukazała się trupioblada twarz policjanta, który jakby stanął przed nim z niemym wyrzutem. Od pewnego czasu dręczyły go wyrzuty sumienia. Nadaremnie tłumaczył się przed samym sobą, że morderstwo popełnił w momencie zaćmienia świadomości.
Niejednokrotnie Wołkow myślał o samobójstwie, ale zawsze brakło mu do tego sił. I to go jeszcze więcej bolało.
Teraz zrozumiał postępowanie Reginy wobec niego. Nienawidził jej bezgranicznie. Przekonał się, że nie mniej tkwiło w niej fałszu niż w „Zimnej kokocie”.