Wołkow udawał, że nie słyszy komplementów i słów uznania, których Szczupak teraz nie szczędził.

— Pan nie powinien zbytnio ufać temu, co mówią — rzekł Wołkow. — Konfidentki i konfidenci po większej części rekrutują się z podejrzanych gości. Należy wiedzieć, jak ich wykorzystać, nie zarazem i unieszkodliwić. Teraz pan naocznie się przekonał o słuszności mojej teorii.

— Kto by się tego spodziewał po niej, że jest przestępczynią! Teraz nie wątpię, że chciała mnie dostać w swoje sieci.

— Pewnie, że tak chciała. Ją już mamy w naszym ręku. Teraz kolej na pozostałych członków bandy. Pojedynczo, aż do skutku. Przed panem otwiera się szerokie pole działania — schlebiał Wołkow Szczupakowi.

— Uczynię wszystko, co będzie w mojej mocy — odparł Szczupak.

— Tylko pod jednym warunkiem: Nie działaj pan na własną rękę. Proszę pana zawsze się mnie przed tym poradzić lub ze mną porozumieć. Oni, przestępcy, idą ręka w rękę i z tego powodu trudno ich wytropić.

— Cóż mam teraz czynić?

— W tej chwili: nic. Idź pan na dobry obiadek, a potem na drzemkę. Jutro z całą energią zabierzemy się do pracy.

— Rozkaz! — wyprostował się Szczupak. — Sądzę, że fakt, iż okazałem się takim pechowcem, pozostanie tylko naszą tajemnicą.

— Naturalnie — rzekł Wołkow, wyciągając doń po przyjacielsku dłoń, którą Szczupak z wdzięcznością i respektem uścisnął. — Co rozgrywa się wśród przyjaciół, pozostać winno tylko wśród przyjaciół.