Z bijącym sercem Wołkow cofnął się do gabinetu. Przeżegnał się, a usta szeptały modlitwę. Z pochodzenia chłop, był wierzącym człowiekiem. Nawet po zabójstwie dusza jego zanosiła modły do Boga...
I naraz zdawało mu się, że stłumiony, suchy kaszel rozległ się tuż przy nim, bardzo blisko...
Błysnęła mu okropna myśl:
„Kto wie, czy ją całkiem wykończyłem”...
Włosy mu dębem stanęły. Każde uderzenie serca odczuwał z wielkim bólem.
Niesamowity strach porwał go w swoje szpony. Instynktownie przywarł do ściany. Potworne wizje przesuwały się teraz przed jego oczyma. Nerwy nie wytrzymywały koszmarnych wizji.
Oczy wybałuszone szukały kogoś. Wydawało mu się teraz, że zamordowany policjant Michał stoi przed nim. A za nim Janek maszeruje, trzymając Reginę pod ramię. Wszyscy śmieli się z niego, szydzili.
Bliski obłędu Wołkow głucho jęknął. Resztkami sił sięgnął po kontakt. Drżącymi palcami przekręcił go. Światło przepędziło te okropne wizje.
Otarł chustką pot z czoła. Wzrok jego padł na duży hak w suficie, do którego dawniej była przymocowana lampa.
— Powiesić się — szepnął mu głos wewnętrzny. — Powiesić się! — rozkazywał natarczywie głos tajemniczy. — Zdjąć pas skórzany i powiesić się na nim!