Wołkow machinalnie wykonywał rozkazy. Zdjął pas. Stanął na krześle. Gotów był zawiązać pętlę.
Naraz szyderczo zakpił z samego siebie.
— Żyć chcę! — rzekł do samego siebie. — Żyć! Mścić się na wszystkich, którzy mnie do zbrodni popychali...
Ale nie na długo mógł utrzymać nerwy na uwięzi. Myśli gnały z gwałtowną szybkością.
— Siadaj! — rozkazywał wewnętrzny głos. — I pisz! Co? Akt oskarżenia przeciw sobie!
Już usiadł za biurkiem. Wziął pióro do ręki. Chciał już wyszczególnić wszystkie zbrodnie, których się dopuścił.
Ale naraz ogarnęła go inna myśl: zejść na dół, do celi i przekonać się, czy Regina nie żyje. Mógł przecież omylić się w pośpiechu.
Nie mógł się uwolnić od natrętnej myśli: ponownego zobaczenia ofiary.
Przypomniał sobie suchy, stłumiony kaszel. Kto wie, czy to nie ona?...
Zeszedł na dół. Do suteryn. Nie bał się nikogo. Otworzył drzwi celi. Przyświecił sobie latarką. Prawą ręką pociągnął trupa za włosy... Teraz już nie wątpił, że jego robota jest całkowita... Jeszcze raz objął wzrokiem celę i skierował się ku wyjściu. Szczęście mu sprzyjało. Znów nie natknął się na nikogo...