— A gdzie jest naczelny komisarz Wołkow? — zapytał naraz Bajgełe. — On jest mądrzejszy od ciebie. Nie łaziłby dzikiej bestii do paszczy.

Szczupak nie odpowiedział. Zamierzał wydobyć z siebie donośny okrzyk, by ludzie jego usłyszeli. Zresztą liczył na to, że sami przyjdą mu z pomocą, widząc, że tak długo nie wraca.

Bajgełe zorientował się, co Szczupak ma zamiar uczynić. Więc nie zastanawiając się długo, mokrym ręcznikiem zakneblował mu usta...

„Źle ze mną — pomyślał Szczupak. — Ta banda mnie tu zakatrupi”.

W chwilę później kilka mocnych ramion uniosło go ze stołu i zrzuciło do otwartej piwnicy. Szczupak potoczył się ze wszystkich schodów...

Po czym wszyscy z Bajgełe na czele opuścili lokal i pobiegli schodami na strych. Na czworakach czołgali się po dachach, aż znaleźli się na innej ulicy. Bajgełe był specjalistą od podobnych wypraw, toteż wnet znaleźli się w pewnym miejscu, z dala od niebezpieczeństwa.

Szczupak leżał tymczasem pokaleczony i pokrwawiony w zimnej piwnicy. Ale żył. Wiedział, że nie grozi mu z ich strony poważniejsze niebezpieczeństwo, zastanawiał się tylko nad tym, jak się uwolnić od krępujących go więzów i zimnej piwnicy.

Szczupak natężył wszystkie mięśnie, sądząc, że powrozy pękną pod naporem jego siły, te jednak wpiły się tylko bardziej w jego ciało, sprawiając niewysłowiony ból.

Znosił katusze bez jęku. Myśl jego zaprzątnięta była tylko jedną sprawą: jak się stąd wydostać.

Po dłuższym wysiłku udało mu się wyrzucić z ust mokrą szmatę, którą mu wepchnął Bajgełe. Mógł teraz krzyczeć i wzywać pomocy. Zdawał sobie jednak sprawę, że byłby to bezowocny wysiłek. Nikt by i tak nie usłyszał jego głosu.