— Do diabła! — zawołał Wołkow. — Czy wy sobie wyobrażacie, że naprawdę się was uląkłem? Wasz trik z „Zimną kokotą” na nic się nie przyda. I jak ważyliście się mnie tu wziąć na badanie, jakbym był złodziejaszkiem na podobieństwo wielu z was?
— Nie denerwuj się! — odezwał się Krygier. — Mamy w ręku przeciw tobie takie dowody, że już się nie wykręcisz.
— Dowody? Jakie? — udawał Wołkow pewnego siebie.
— Na okazywanie dowodów mamy zawsze czas. Teraz zależy nam na tym, abyś się sam przyznał do zbrodni — rzekł Bajgełe.
— Nie mam do czego się przyznawać — trzymał się Wołkow swego.
— Zmienisz swoje zdanie — rzucił ostro Janek. — Daję ci dziesięć minut czasu7 na zastanowienie się.
Krygier zaś zabrał się do Wołkowa od innej strony:
— Trudno. W życiu nieraz następuje zamiana ról. Niejednokrotnie postępowałeś z aresztowanymi tak samo, jak my teraz z tobą. Różnica polega tylko na tym, że nie odeślemy cię do więzienia, nawet gdy nam wyznasz stuprocentową prawdę. Przeciwnie, po takiej robocie nabraliśmy do ciebie więcej zaufania. Cenimy ludzi, którzy radzą sobie w życiu. Pensja policjanta nie może starczyć dla człowieka o twoim pokroju i temperamencie. „Zimna kokota” nie lubi ludzi utrzymujących się tylko z pensji.
Wołkow siedział przygnębiony. Był bezsilny wobec tej bandy. Zapytał w pewnym momencie:
— Czego dziś chcecie ode mnie?