— Wystarczy!
Oboje, Janek i „Zimna kokota”, znieśli hotelarza bez trudu ze schodów do auta, które już na nich czekało. Wóz ruszył natychmiast. Wszystko to stało się z taką błyskawiczną szybkością, że nikt nie spostrzegł tego porwania i ucieczki.
W owych czasach Warszawa obfitowała w uliczki, których nawet policjanci unikali w nocy. W tych dzielnicach mieszkali tacy ludzie nocy, którzy pasożytniczyli na skórze ludzi nocy. Byli to ludzie nieustraszeni, zawadiacy, zuchwalcy. Utrzymywali oni najniebezpieczniejsze meliny, gdzie ukrywali się tropieni przez policję i władze śledcze przestępcy. Właściciele tych melin, to byli „blatni”. Niejeden z nich pamiętał te czasy, kiedy na katordze karano dodatkowo rózgami po nagim ciele. Już byli niezdolni do wykonywania zawodu przestępcy. Długoletni pobyt w więzieniu unieszkodliwił ich.
I oto jedną z uliczek tej dzielnicy mknęło teraz auto, w którym znajdowali się teraz Janek, „Zimna kokota” i uprowadzony hotelarz. Przy kierownicy siedział brat „Zimnej kokoty” — ten sam, który swoją taksówką wyprowadził bandę Krygiera z tunelu pod skarbcem, a później ocalił Janka przed pościgiem policji.
Przy pomocy szofera wywleczono hotelarza z wozu.
Wnet wszyscy stanęli u wejścia do domku ustawionego w głąb podwórza57, odgrodzonego od ulicy drewnianym parkanem. Janek zapukał do drzwi. Ukazały się dwa podejrzane typy. „Ładunek” przeszedł w ich ręce. Janek zstąpił po kilku stopniach. Powietrze wilgotne, charakteryzujące piwnicę, uderzyło mu do głowy. Z dołu dolatywały odgłosy kłótni.
Dziwny był to domek. Z zewnątrz robił wrażenie, jakby za najmniejszym podmuchem wiatru miał się rozlecieć w drzazgi. Ale za to suteryny były murowane i trwale. Janek szybko zbiegł po kamiennych schodkach w dół... Po wypowiedzeniu umówionego parolu zasuniętemu w kącie „strażnikowi”, ten otworzył przed Jankiem drzwi.
Na widok Janka w pokoju zapanowało milczenie. Zebrani otoczyli Janka kołem. Z ich ust padło jednocześnie pytanie:
— Masz go?
Janek rozglądał się, jakby miał wątpliwość, czy otaczający go ludzie zasługują na zaufanie. Robili wrażenie złych duchów przywołanych zaklęciem czarodziejki-wiedźmy.