W kwadrans później Janek zadzwonił na portiera i wręczając mu złotą monetę dwudziestodolarową, zalecił mu przynieść trunki. Chodziło mu o pozbycie się portiera na pewien czas z terenu hotelowego. Ledwie portier wyszedł, Janek rozpoczął energicznie dzwonić. Alarmy te zwabiły hotelarza, który udał się do pokoju tajemniczej damy.

Hotelarz ledwie przekroczył próg pokoju, stanął oko w oko z Jankiem, który błyskawicznym ruchem dobył rewolweru i przyłożył lufę do skroni przybyłego.

Janek syknął przez zęby:

— Poznajesz mnie, kapusiu?

Hotelarz, blady jak chusta, padł na kolana i zaczął błagać:

— Daruj mi pan życie. Mam żonę i dzieci.

— O tym później pogadamy — rzekł Janek, a tajemnicza dama, którą była „Zimna kokota”, przyłożyła hotelarzowi do nosa chusteczkę.

— Nie ruszaj się z miejsca — rozkazał Janek — bo zastrzelę cię jak psa. Nie ceregieliłbym się z tobą, gdybyś nie był blatny. Postawię cię przed sąd złodziejski. Czeka cię dintojra.

Mały człowieczek nie ruszał się z miejsca. Nie bronił się. Zresztą dobrze znał ludzi nocy i wiedział z doświadczenia, że krzykiem w takich razach niczego nie wskóra.

„Zimna kokota” jeszcze silniej przyciskała do nosa hotelarza chusteczkę z chloroformem. Hotelarz zaczął się krztusić. Janek dał hasło: