Janek był w tej melinie po raz pierwszy w życiu, chociaż dobrze znał jej właściciela. Janek chciał jak najszybciej przekazać ofiarę we właściwe ręce, uiścić należność za jej „uprzątnięcie” i opuścić tę norę. Poczucie złodzieja nakazywało mu nieokazywanie pośpiechu, by zebrani nie doznali tym samym zniewagi.
Znał dobrze nastroje podupadłych kolegów po fachu. „Proletariat” świata przestępczego nie znosi swej „burżuazji”, do której zaliczano Klawego Janka.
Janek poprawił nastrój zebranych w melinie poleceniem wydanym właścicielowi, by postawił wszystkim na jego rachunek wódkę z zakąskami. Zebrani zaprosili Janka do biesiady...
Właściciel meliny leżał na połamanym łóżku żelaznym na wpół rozebrany... Łachmany, które miał na tobie, nie pozwalały zorientować się, w jakim znajduje się stanie.
Dawniej rosły, o szerokich barach, właściciel meliny wydawał się teraz małym, zgarbionym potworkiem. Życie przestępcy wycisnęło głębokie ślady na jego pooranej bruzdami i bliznami twarzy. Małe i żywo poruszające się oczy głosiły, że w tym szkielecie ludzkim tli się jeszcze życie. Powitał on Janka z niewielkim entuzjazmem. Nie znosił „burżuazji” świata przestępczego za jaką uchodzili rozpruwacze kas. Odsiedział w więzieniach trzydzieści lat swego życia za różne, drobne sprawki „złodziejskie”. Teraz był już destruktem, niezdolnym do niczego. Jako „emeryturę” otrzymał od kolegów po fachu tę melinę, w której obecnie się znajdował.
Na małym stołeczku obok łóżka, na którym leżał właściciel meliny, siedziała jego córka, wdowa lat trzydziestu. Trzej jej mężowie kolejno zginęli na szubienicy za groźne zbrodnie. Ludzie nocy dbali teraz o to, by nie zabrakło jej mężczyzn i dochodów... Wdowa, która teraz miała na sobie brudne łachmany, gdy zachodziła potrzeba, mogła się przeistoczyć w elegancką damę. Wołkow przez pewien czas pozostawał nawet pod jej wpływem.
Młoda ta kobieta nie spuszczała oka z Janka. Niespostrzeżenie wyślizgnęła się z ciemnego pokoju, by po chwili wrócić w ładnej sukience, uczesana i upudrowana. Podawała mu za każdym razem kieliszek wódki, wołając: „pijemy za zdrowie”.
Janek śpieszył się do Zakopanego. Chciał czym prędzej znaleźć się w objęciach ukochanej. Był przekonany, że na niego czeka i usycha z tęsknoty. Gdy opróżniono kilka butelek wódki, Franek stał się rozmowny. Wskoczył na stół, zaczął grzmieć na głos:
— Bracia, gościmy tu jednego z najpoważniejszych przedstawicieli naszego fachu! Klawy Janek, dawny mój towarzysz z międzynarodowej bandy rozpruwaczy kas, nie należy do wyklętej przez nas „burżuazji” złodziejskiej, która wstydzi się nas. Przeciwnie, Janek jest naszym towarzyszem, gotowym za nas skoczyć w ogień i w wodę. Niech żyje Klawy Janek!
— Niech żyje! — wtórowały mu głosy.