— Poważnie mówię: nie wiem.
— To dziwne. Tu można się świetnie zabawić. W tej kamienicy mieści się dobrze urządzony dom rozpusty. Jestem tam stałym gościem.
— Powiedz mi, kto mieszka w tym domu — ponowił pytanie Wołkow w ostrym tonie. — Widziałem wchodzącego tu pewnego pana, w którego wieku nie przystoi taka zabawa.
— Rozumiem: masz na myśli profesora — roześmiał się Bajgełe. — Sądzisz, że ludzie uczeni inaczej te sprawy załatwiają?
— Tylko bez głupich żartów.
— Nie wierzysz mi? Mogę się udać tam z tobą. Przekonasz się, że mówię prawdę.
Wołkow usiłował przejrzeć myśli rozmówcy. Nie był tchórzem, ale tym razem, wiedziony intuicją, opierał się tej propozycji.
— Masz pietra? — odezwał się Bajgełe. — A ja miałem ciebie za ryzykanta. Zawsze twierdziłem, że urodziłeś się „blatnym”3. Chyba przez pomyłkę zostałeś policjantem...
— Prowadź. Idę z tobą, gdyż pragnę się dowiedzieć o szeregu innych rzeczy, które mnie intrygują.
Wołkow nie miał wątpliwości, że dom, który opuścił Bajgełe kryje w sobie ważną tajemnicę. Tym bardziej, że do domu tego skrył się także podejrzany w oczach policji profesor Poznański. Rozsądek powstrzymywał go jednak od alarmowania Urzędu Śledczego. Zbyt często zdarzały mu się wypadki nieuzasadnionych alarmów. Wołkow zdawał sobie sprawę z tego, że jego autorytet ostatnimi czasy został nadszarpnięty.