Wszyscy zerwali się z miejsc. Głos Wołkowa nie miał naturalnego brzmienia. Oczy jego szkliste dziwnie teraz spozierały przed siebie.
Krygier zapalił cygaro, potem, cedząc każde słowo, ciągnął dalej:
— A więc, nie masz zamiaru utrzymywać z nami stosunków?
— Tak. To się nigdy nie stanie. Mnie jest wszystko jedno.
— Jeśli tak, to... możesz sobie iść precz stąd!
I Krygier wskazał mu ręką na drzwi.
Wołkow był niezdecydowany. Nie pojmował, co to ma znaczyć. Czy to nowy trick, czy manewr podstępny ze strony Krygiera? Przed chwilą jeszcze trzymał go tak mocno w swych łapach, a teraz — każe mu iść?
— Dlaczego jeszcze tu stoisz? Czy czekasz na to, aż cię stąd wyrzucimy?
Zebrani w pokoju spoglądali ze zdziwieniem na Krygiera, nie rozumiejąc jego postępowania.
Wołkow próbował posunąć się naprzód. Ale widząc, że Krygier łączy się z kimś telefonicznie, przystanął.