Przy tych słówkach lica Anieli pokryła silna bladość. Jej oczy wżarły się w twarz Żarskiego.
— Czy mogę prosić panią o okazanie mi zawartości swojej torebki? — zapytał ironicznym głosem.
Aniela zawahała się. Żarski wziął jej torebkę i bez ceregieli wyciągnął stamtąd banknot studolarowy.
— Pani widzi? Wiem wszystko. Wiemy nawet, z jakiej kasetki skradziono te banknoty dolarowe. Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, co panią czeka?...
Aniela milczała.
Żarski przyjął postawę ojcowską i rzekł:
— Wszak pani sama widzi, że mogę panią wprost stąd odesłać do więzienia, które będzie mogła opuścić najwcześniej za kilka lat dopiero. A więzienie to nieodpowiednie miejsce dla tak urodziwej kobiety, jak pani...
Aniela lekko poruszyła się na krześle. Dwie wielkie łzy stanęły w jej oczach i stoczyły się niżej. Żarski udawał, że tego nie dostrzega i ciągnął dalej:
— Pani pozostaje w kontakcie z bandą, którą od dawna staramy się wytropić. Możemy panią zmusić do tego, żeby pani wszystko wyśpiewała. Mamy wypróbowane środki na to, by otworzyć najbardziej zamknięte usta. By wydobyć prawdę, nie wzbraniamy się przed niczym. Nie możemy pozwolić na to, by przestępstwo triumfowało nad sprawiedliwością.
— Nie, nie powiem. Może pan już czynić, co uważa za wskazane.