Wołkow nie tracił nadziei, że to wciąż jakiś kawał. Chociaż w duchu myślał o zemście świata podziemnego, który w takich razach jest okrutny. Za ścianą muszą tu być zebrani przyjaciele Bajgełe i stąd płynie jego odwaga i zuchwalstwo. W takim razie ostra postawa i groźba zastosowania siły na nic się nie przydadzą. Postanowił tedy cierpliwie znosić te męki do końca. W podświadomości liczył wreszcie na to, że Bajgełe nie pozwoli na bestialską rozprawę z nim.

Wreszcie rozległy się ciężkie kroki. W mgnieniu oka Wołkow był otoczony przez grono osób, trzymających rewolwery w ręku.

— Panowie przedstawią się — rzekł Bajgełe. — Wołkow, moi towarzysze.

Wołkow stał, nie ruszając się z miejsca, jakby był przykuty do podłogi. Ze strachu wypuścił z ręki rewolwer, który spadł na podłogę. Drżał jak liść.

— Co, znasz ich? — spytał z ironią w głosie Bajgełe, zwracając się z tym do Wołkowa.

Wołkow nie odpowiadał.

— Mam wrażenie, że ich nie poznajesz — ciągnął dalej Bajgełe. — Wobec tego kolejno ci ich przedstawię: to Klawy Janek; zapewne niejedno o nim słyszałeś i wiesz. Zresztą, jesteśmy „swoi” ludzie — roześmiał się Bajgełe na głos.

Wołkow zmierzył się z Jankiem. Pierwszy odezwał się Janek:

— Już dawno szukałem okazji rozmówienia się z tobą!

Wołkow milczał.