— Bez pośpiechu, przyjacielu. U nas, gdy się ktoś spieszy, dzieje mu się krzywda. Bądź cierpliwy, jeszcze tylko dziesięć minut na zegarze.

Bajgełe wskazał przy tym ręką na ścienny zegar. Wołkow nie miał teraz wątpliwości, że Bajgełe zabawia się z nim w kota i myszkę. Każda minuta wydawała mu się wiecznością. Bajgełe miał tak dziwny i odrażający wyraz twarzy, że Wołkow postanowił opuścić ten podejrzany lokal.

Ale oto naraz światła zostały pogaszone. Ciemności egipskie zaległy mieszkanie.

— Zapal światło, bo będę strzelał! — zawołał przerażony Wołkow.

W odpowiedzi rozległ się donośny śmiech. Wołkowa obleciał teraz niesamowity strach. Wiedziony przeczuciem, które mówiło, że grozi mu teraz wielkie niebezpieczeństwo, uczynił krok naprzód, gdy naraz poczuł silne uderzenie twardym przedmiotem w nogi. Okrzyk bólu zastygł na jego ustach.

Zanim Wołkow zdążył zorientować się w sytuacji, znów ktoś zapalił światło w pokoju. Bajgełe siedział przy stole, jakby nic nie zaszło. Szatański uśmieszek na twarzy mówił za niego...

Wołkow zerwał się wściekły z miejsca:

— Co za kawały będziesz mi tu wyprawiał. Ja cię nauczę!

I uczynił ruch, jakby chciał chwycić Bajgełe za kołnierz. Ale ten odtrącił go i roześmiał się na głos.

— Siadaj! — rozkazał Bajgełe.