Trójka nasza wróciła do ogólnego pokoju. Wołkow zmienił się do nie poznania. Uciął nawet flircik z Reginą. Oboje uśmieli się serdecznie. Ale gdy jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem „Zimnej kokoty”, Wołkow sposępniał. Chciał już pójść i z trudem uproszono go, by pozostał.

Wołkow tyle wypił, że w stanie podchmielonym wygadywał wszystko, co mu na język przychodziło. Opowiedział szczegółowo, jak krytycznej nocy zastrzelił policjanta. Gorzko opłakiwał ten okropny czyn. W stanie podchmielonym zrzucił z serca ciążący mu kamień.

Gdy Wołkow leżał na tapczanie, bełkocąc pod nosem, Krygier zauważył:

— Z tym chłopem nic się nie da zrobić. Z nim nic nie zdziałamy. Wolę z mądrym przegrać niż z głupim wygrać. Należy znaleźć sposób na pozbycie się go.

Milczek, który przez cały czas nie odzywał się słowem, rzekł:

— Sądzę, że teraz jest na to najodpowiedniejsza chwila...

Zgromadzeni porozumiewali się spojrzeniami, co Milczek poczytywał sobie za dobry znak. Wstał on z miejsca i wyciągnął rewolwer.

Krygier milczał.

Regina, blada jak chusta, wybiegła z pokoju. Naraz wypadła niespodzianie „Zimna kokota” z okrzykiem:

— Uczynicie to dopiero po mojej śmierci!