— Sam przyjechałem, aby odnaleźć familię, która tu miała mieszkać.

Przy tym opowiedziałem mu zmyśloną, smutną historię, której już nie pamiętam, bym mógł ją dokładnie opisać. Dość, że poczułem, że moje opowiadanie zrobiło na nim wrażenie. Zamyślił się bowiem nieco. Wtedy jakaś kobieta weszła. Domyśliłem się, co to za kobieta.

— Dzień dobry! Co, pan inżynier w domu? — spytała zdziwiona. — Ja naprawdę zlękłam się, zastając drzwi otwarte. Myślałam, że broń Boże, złodzieje już tu gospodarują...

Na mnie patrzyła zdziwiona. Pewno mój zewnętrzny, przestraszony wygląd dał ku temu powód.

— Mogę pani przedstawię gościa — rzekł inżynier, śmiejąc się. — Choć nieproszony, ale za to dość miły.

Przy tym opowiedział, co ja za jeden.

— Co pani powie na to — ciągnął triumfującym tonem. — Rano, gdy wyszedłem z domu, by się udać do biura, coś mnie tchnęło już przy samych drzwiach, by zawrócić. No i moje przeczucie mnie nie zawiodło. Oto kogo zastałem — pokazał palcem na mnie — w najlepsze, przy opróżnianiu szaf. Był tak pochłonięty swoją pracą, że nie słyszał nawet, gdy tu wszedłem. No i przeszkodziłem człowiekowi w pracy.

Śmiał się teraz wesoło, a nawet prawą rękę wyciągnął już z kieszeni. Kobieta patrzyła na mnie chwilę przestraszona i zagadnęła:

— Co pan myśli z nim zrobić? Trzeba zatelefonować na policję — dodała.

Inżynier zaprzeczył ruchem głowy i odparł: