— Po cóż policję? Ja wolę widzieć złodzieja w domu niż naszą rosyjską policję. Dopiero gdyby oni tu przybyli, to mogłoby naprawdę coś zginąć.

— Panie inżynierze — prosiła baba — pan zawsze lubi żartować... Ot, kto to słyszał coś podobnego? Siedzi sobie złodziej przy panu inżynierze, jakby jakiś porządny człowiek. To naprawdę nie do pomyślenia...

Przy tym załamała ręce, jakby z rozpaczy. Jeszcze więcej kobieta lamentowała, gdy inżynier rozkazał, by mi podano poczęstunek. Sam nalał mi kieliszek wina i kazał wypić, jak się wyraził, dla odprężenia nerwów. Poczęstunku nie przyjąłem.

Słuchając tego wszystkiego, doznałem różnych uczuć. Zdawało mi się, że ten okrutny człowiek tylko bawi się ze mną jak kot z myszką, a lada chwila rzuci się na mnie, by mnie zabić albo oddać w ręce policji. Nie mogłem zrozumieć, do czego on właściwie zdąża.

Wtem niespodzianie stanął i przybrał groźną postawę, groźniejszą niż przedtem. Myślałem, że teraz już koniec ze mną.

Był to człowiek w sile wieku, dobrze zbudowany, tak że dałby mi na pewno radę. Mimo woli też zerwałem się ze swego krzesła i stanąłem w pozycji obronnej. Mierzyliśmy się oczyma krótką chwilę, po czym zbliżył się bardziej do mnie. Prawa jego dłoń znowu spoczywała w kieszeni i rzekł stanowczymi tonem:

— Dosyć tej komedii! Powiedz, kto cię tu przysłał. Jak nie, to źle będzie z tobą.

W ręku jego zabłysnął rewolwer.

Daremnie bym silił się opisać tu mój strach, którego się wtedy najadłem. Jednakże nic nie pomogło. Wspólnika nie wydałem. Prawdopodobnie dlatego tylko, że strach odjął mi mowę.

Widziałem już siebie leżącego martwym na podłodze. Wtem poczułem, że uchwycono mnie za kołnierz i bez oporu z mojej strony popchnięto w stronę drzwi. Nie wiem sam, jak się to stało, że znalazłem się na ulicy.