XXX

Byłem tak pobałamucony tym wszystkim, co ze mną tu zaszło, że chwilę stałem na ulicy jak lunatyk, nie wiedząc, czy śnię, czy to wszystko na jawie. Jakiś przechodzień mnie trącił. Odzyskałem przytomność umysłu i ruszyłem przed siebie.

Teraz na trzeźwo mogłem rozważyć swą dziwną przygodę. Z pierwszą chwilą, gdy go ujrzałem stojącego nade mną z rewolwerem w ręku, doznałem wrażenia, że już wybija moja ostatnia godzina.

Słyszałem już nieraz opowiadania o samosądzie na złodziejach pochwyconych na gorącym uczynku i o tym, że w najlepszym razie oddają ich w ręce policji. Ten nie tylko że mnie nie skrzywdził, a nawet puścił wolno. Nie mogłem wszakże zrozumieć, dlaczego, gdy odmówiłem przyjęcia poczęstunki, tak się unosił. Dziwiła mnie też cała jego rozmowa ze mną. Albo gdy mi zabrał wytrych i mówił, że schowa sobie to na pamiątkę.

Później, gdy mi groził rewolwerem, bym wydał wspólnika, pomyślałem, że to wariat jakiś. Jednak przyznam się, że głęboko gdzieś w duszy jakiś wielki szacunek wyrósł dla tego człowieka. Przypomniałem też sobie, że w jego pokoju sypialnym nad biurkiem wisiał krzyż, na który patrzyłem z jakimś zabobonnym lękiem. Więc to nie był Żyd, pomyślałem. Jednak mnie, Żyda i do tego złodzieja, nie skrzywdził. W mojej głowie nie mogło się to wszystko pomieścić. Szedłem przed siebie automatycznym krokiem i popychany przez przechodniów, zupełnie nie zdałem sobie sprawy, gdzie jestem i dokąd idę.

Powoli przypomniał mi się wspólnik. Złość mnie ogarnęła. „To wszystko on winien — myślałem. — Miał go pilnować i mnie dać znać, zanim się zbliży. Więc on nie dba wcale o moją skórę. Gdy tam wszedłem, na pewno zabrał się do domu i czeka na łup. Ja go nauczę — pomyślałem. — Nie jestem takim frajerem, za jakiego mnie ma”. Tu znowu myślałem, co Hanka powie na to. Na pewno mnie wyśmieje, gdy przyjdę do domu z gołymi rękoma.

Przypomniałem sobie, że przed udaniem się na „robotę”, była dla mnie tak bardzo dobra, jak nigdy przedtem. Pewnie powodem tego był obfity łup, który miałem przynieść. A teraz? Wstyd mnie ogarnął, że okazałem się taki niedołężny.

Wyrzucałem teraz sobie w duchu, że za długo tam gapiłem się, najpierw w korytarzu, a potem już w środku, zatrzymując się myślami na obrazach, przez co też nie udało się. To znów złość mnie ogarnęła na inżyniera. Wolałem w tej chwili, by oddał mnie w ręce policji, jeśli mnie miał tak lekko traktować. Widać uznał mnie za niezdolnego, by go okraść. To skłoniło mnie do powątpiewania w swoją siłę i odwagę, czy w ogóle ja będę zdolny kiedykolwiek kogoś okraść i czy nie minąłem się z powołaniem.

Nie pachniał mi wprawdzie chleb złodziejski. Zdawało mi się tylko, że już nic innego mi nie pozostaje. W domu mnie nienawidzą. Do pracy czułem się niezdolny. Skosztowałem już zakazanych owoców życia i nieźle mi pachniały. Ale żeby ich pożądać, trzeba mieć dużo pieniędzy. Jedyny sposób zdobycia ich widziałem tylko w kradzieży i zaprzysiągłem sobie, że je zdobędę. Zdawało mi się, że całe szczęście ludzkie leży w pieniądzach i tylko w pieniądzach. Miałem sposobność przekonać się o tym już w tak stosunkowo krótkim czasie i to od chwili przebycia różnych chwilek po nocnych domach rozpusty, dokąd jako dorożkarz nieraz przywoziłem gości. Nigdy przedtem w mojej wyobraźni nawet sobie nie przedstawiałem, że coś podobnego może istnieć. Najwięcej z zakazanych owoców pociągały mnie kobiety. Ażeby być mile widzianym i trafić do ich przekonania, zrozumiałem, że trzeba mieć tylko pieniądze, morze pieniędzy.

Do domu przybyłem już po południu. Jak wielce się zdziwiłem, gdy Hanka padła mi w objęcia.