Po chwili obserwacji zaczął się wypytywać, czego się uczyłem, a na odpowiedź, ile mam lat, mocno się zdziwił, gdyż faktycznie wyglądałem na lat szesnaście, a nawet siedemnaście dzięki silnej budowie ciała. Potem podał mi wielką książkę Talmud, żebym przeczytał odnośny rozdział.
Po godzinnym rozmyślaniu opowiedziałem zadany rozdział, sam nie bardzo wierząc w prawdziwość tego, co mówiłem — w chederach bowiem rebe nigdy nie dbał o to, czy wykład jego został zrozumiany, więcej mu chodziło o to, żeby powtarzać słowo w słowo to, co on wygłaszał, nic więcej.
Gdy skończyłem opowiadanie, rosajszywe kiwnął głową, mlasnął wargami i tarł niemiłosiernie swą brodę. Z tego zrozumiałem, że nie jest zadowolony. Ojciec widać zrozumiał moją sytuację, bo sięgnął do portfela, wyjął dwa banknoty po dwadzieścia pięć rubli i tym poparł mój egzamin. Rosajszywe momentalnie wypogodził swoje oblicze i zostałem przyjęty do pierwszej klasy, co w moim wieku nie każdemu się udawało. Boże, dokąd to człowiek nie dostanie się za pieniądze!
Rozmawiali ze sobą jeszcze kilka minut, a następnie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do zajazdu na obiad.
Przez cały czas od wyjazdu z domu ojciec, jak już podkreśliłem, odpowiadał tylko na moje pytania, a ze swej strony nie rozpoczynał żadnej rozmowy, przy obiedzie zaczął mi się bacznie przypatrywać, podobnie jak w domu i dopiero po długiej chwili przemówił do mnie słów kilka:
— Widzę po tobie i wiem, że nie masz ochoty do dalszej nauki. Pewnie wołałbyś siedzieć w domu i być przy handlu. Ale cóż? Matka twoja uparła się i chce koniecznie widzieć cię rabinem. Co do mnie, wiem z góry, że nie masz do tego powołania, jednak pamiętaj o tym, coś przyrzekł matce. Ucz się wzorowo, zrób to dla niej. Może ona ma rację i lepiej widzi twoje powołanie niż ja.
Po obiedzie zaprowadził mnie ojciec na stancję, gdzie miałem zamieszkać. Udzieliwszy jeszcze kilku pożytecznych słów i wskazówek, pożegnał mnie i wyjechał do domu, pozostawiając mnie samego aż do następnej niedzieli. Po odjeździe ojca posmutniałem, tęskniłem już za domem.
Następnego dnia o godzinie ósmej musiałem już być w jeszywecie na rannej modlitwie, po której rozpoczynały się rozwlekłe wykłady Talmudu. Tak rozpocząłem nowy okres życia.
VII
Budynek, gdzie mieścił się jeszywet, stał mniej więcej w środku miasta na obszernym, wybrukowanym placu, w pobliżu siedziby głównego dyrektora.