Sam jeszywet składał się z dużej sali, tak dużej, iż budowniczy dla podtrzymania sufitu powstawiał szereg słupów. Przy ścianie naprzeciw drzwi schodowych stał na wywyższeniu „Oren kojdesz” (arka przymierza) i ołtarz. Z obu stron sali stały rzędy ławek, na których nawet wśród nocy można było widzieć uczniów rozmaitego wieku, ba, nawet brodaczy, zaczytanych w Talmudzie.

W jeszywecie tym były cztery oddziały. Każdy oddział miał swój dzień wykładowy i tak: oddział pierwszy co dzień, oddział drugi co drugi dzień, oddział trzeci dwa razy w tygodniu, a oddział czwarty składał się ze słuchaczy, którzy po większej części uczyli się samodzielnie. Między tymi ostatnimi byli nawet tacy, którzy mogli być już rabinami. Nieraz patrzyłem z zazdrością na te ascetyczne postacie, gdyż z pierwszego oddziału tak prędko nikt się nie dostaje do czwartego, w każdym z oddziałów musi się uczyć przynajmniej po kilka lat.

W oddziale pierwszym wykładał starzec z siwą brodą, o natchnionej twarzy. Wykładał powoli i zrozumiale, a gdy trafiliśmy na rozdział w Talmudzie, w którym traktowano o stosunkach mężczyzn do kobiet, kazał przepuścić jedną lub dwie strony, ażeby tego tematu nie poruszyć. My jednak ze swej strony nie szczędziliśmy wysiłku, by skrycie przejrzeć, co tam się kryje. Pod strachem i bojaźnią czytaliśmy zakazany artykuł, lecz niestety, nie zawsze dało się to zrozumieć i dlatego treść tam zawartą różnie sobie tłumaczyliśmy. Biedny był jednak ten, kto dał się złapać nauczycielowi przy studiowaniu i rozstrzyganiu podobnych kwestii, każdy więc pilnował się jak tylko mógł i trzymał się na ostrożności, jakby popełniał jakąś zbrodnię.

Starzec ten bynajmniej nie był dziwakiem, iż takich tematów nie wykładał. W jeszywecie wypływało to ze zwyczaju, by nie mówić o tym, co uznają za niezrozumiałe dla młodzieży. Uważali, iż poruszając drażliwe tematy zamiast uchronić od grzechu, wskazuje się tylko łatwiejszą do niego drogę. Widzą największe zło w tym właśnie, co dotyczy takiego nieczystego stworzenia, jakim jest w ich rozumieniu kobieta...

Pomimo wszystko bardzo mi się podobał nastrój i porządek, jaki tam panował. Dumny też byłem z tego, że z dwustu uczniów byłem najmłodszy wiekiem. Nie mniej przyjemniejsza była świadomość, iż przez kolegów byłem lubiany. Lecz z drugiej strony tęskniłem do słońca, lasów i Narwi, które opuściłem. Przymusowe, bezustanne ślęczenie nad Talmudem męczyło mnie niezmiernie, pragnąłem wytchnienia i naprawdę czułem się wtedy szczęśliwy, gdy po ukończonych wykładach opuszczałem ponure mury jeszywetu.

Rodzina, u której mnie umieszczono na stancji, była małżeństwem bezdzietnym, składała się z siedemdziesięcioletniego, pobożnego starca i jego żony, zaledwie dwadzieścia dziewięć lat liczącej. Dziewczyna ta pochodziła z naszego miasteczka, a nawet mieszkała niegdyś w domu mych rodziców, zajmowała się wówczas udzielaniem języka żydowskiego i hebrajskiego dziewczętom. Cztery lata temu wyszła za mąż za starca, który ożenił się na złość swoim dorosłym wnukom. Odwiedzali go oni jednak często, zachęcani do tego jego majątkiem, który im po śmierci przypadał, a był pokaźny, bo składał się z murowanego, trzypiętrowego domu i wielkiego, galanteryjnego sklepu.

Ożenił się, jak twierdził, jedynie dlatego, by mieć nowego spadkobiercę, mniej natrętnego. Ten to cel dodał mu odwagi, by za pomocą „szadhena17 i majątku ożenić się z tak młodą kobietą, niebrzydką i wykształconą.

Była ona przyjaciółką mojej matki i dlatego znalazłem się pod jej opieką. Mąż jej po całych dniach przebywał poza domem, gdyż nie dowierzał swoim dzieciom, które brały udział w interesie. Ona zaś jako macocha, nie żyjąc w zgodzie z nimi, rzadko kiedy odwiedzała sklep.

Wieczorem, gdy ten zdziecinniały starzec wracał do domu, patrzył podejrzliwie na swój skarb i na mnie, jak widać, nie był zadowolony, a nieraz wyraźnie okazywał ku mnie swoją niechęć. Co prawda, ona więcej zajmowała się mną niż mężem. Toteż czułem się nieźle pod jej opieką. Nieraz w jego obecności tak czule zwracała się do mnie, że starzec patrzył na mnie takimi oczyma, jakby pragnął odgadnąć nasze myśli i zbadać przyczynę, która tak zbliżyła nas ku sobie. Wzroku tego począłem się obawiać. Lecz nie mogłem wówczas zrozumieć, o co mu chodzi...

Ta czuła opieka z jej strony wywołała wdzięczność, później przywiązanie, a nareszcie zaczęło kiełkować coś w rodzaju miłości.