Opiekunka moja w chwilach, gdy znajdowaliśmy się sami, oględnie zapoznawała mnie z teorią miłości. Po pewnym czasie te rozmowy zaczęły na mnie działać do tego stopnia, że zacząłem za nią chodzić jak lunatyk. Pewnego dnia, a było to przed „Świętami Trąbki”18, kiedy to wierzący powinien po północy udać się do bóżnicy na modlitwę „słyches19, starzec, spełniający przez całe życie uświęconą tradycję, wstał nieco wcześniej i począł się ubierać. Nie zapomniał też o mnie. Starał się mnie obudzić, abym się udał do jeszywetu także na modlitwę. Niestety, byłem tak zaspany, że nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Postał więc chwilę nade mną, a widząc, żem się przekręcił na drugi bok, twarzą do ściany, zostawił mnie w spokoju i sam się udał na modły. Wtem poczułem na sobie czyjąś rękę. Spojrzałem, była to moja opiekunka w nocnej koszuli, piersi były zupełnie odkryte, uśmiechnęła się zalotnie i pieszczotliwie przemówiła:

— Dlaczego nie poszedłeś na słyches?

Dotykając zaś ręką mojej głowy, dodała:

— Jaką masz gorączkę, głowa pewnie cię boli?

Nic jej nie odpowiedziałem, czułem jednak, że mnie ogarnia uczucie błogie, a zarazem wydała się ona dla mnie tak piękna w tej chwili, że nie mogłem od niej oczu oderwać. Siedziała tak czas dłuższy na krawędzi łóżka w kuszącej pozie. Wreszcie uniosła mą głowę i przytuliła do piersi. Bezwiednie, jakby popychany przez jakąś siłę, całowałem ją i wbrew woli zacząłem błądzić palcami po jej ciele, czyniłem to wszakże z jakąś obawą w duszy, jak gdybym się znalazł w objęciach szatana. Sumienie mi mówiło, że postępowanie moje jest śmiertelnym grzechem... „Opiekunka” jednak moja nie dała mi długo zatrzymać się nad tymi refleksjami. Obsypywała mnie wciąż pieszczotami, dla mnie dotąd nieznanymi, tłumacząc, co to jest miłość...

Te stosunki z nią przywiązały mnie tak do niej, że na każde jej skinienie byłbym gotów w ogień skoczyć. Czasami wszakże, gdy siedziałem przy Talmudzie w jeszywecie, budził się we mnie wstręt do podobnych zabaw. Miałem zamiar wszystko opowiedzieć ojcu albo swojemu rebemu. Niestety, jedno jej spojrzenie wystarczyło, bym oddał się jej w objęcia.

VIII

Tak upłynęło pierwsze półrocze nauki. Uczyłem się wzorowo, więc rebe twierdził, że jeżeli dalej będę się tak uczył, to wkrótce zostanę przeniesiony do drugiego oddziału.

O godzinie czwartej każdego dnia opuszczałem jeszywet, gdyż była to godzina obiadowa, a każdy jeszywetanin udawał się na swój „dzień”, by zjeść obiad. Jest tam bowiem zwyczajem, że biedni uczniowie stołują się co dzień w innym domu żydowskim20, a dla tych, którzy nie mają wszystkich „dni” w tygodniu, specjalnie gotuje się kocioł w jeszywecie. Ci biedacy, których karmi kocioł, wyglądają bardzo źle, gdyż te obiady są kraszone najwyżej cebulą i pietruszką. Na temat tego pokarmu krążą różne dowcipy wśród słuchaczy. Między innymi pamiętam taki:

— Mojsze, masz dziś dzień?