— Nie, jem dzisiaj z kotła.

— A wiesz, co dzisiaj na obiad?

— Nie wiem, a ty wiesz?

— Miałbym nie wiedzieć? — odpowiada z goryczą dowcipniś o ascetycznym wyglądzie, czteroletni stołownik kotła. — Dziś na obiad jest „cymes21 okraszony cebulowymi łzami.

Dla pełności obrazu jeszywetu muszę tu parę słów poświęcić „szamesowi22”, ważną rolę odgrywającemu w naszej gromadzie. Szamesem był ruchliwy Żydek o czarnej, koziej bródce, ślepy na jedno oko, który jednak wszystko widział. Nieraz bywało, że dojrzał i złapał zgłodniałego biedaka, który się pośpieszył „wypić” swój obiad i stanął jeszcze raz w ogonku, by nabrać tego specjału po raz drugi.

Otóż ten to szames, oprócz oficjalnej funkcji zarządzania kotłem, prowadził jeszcze własny handel, składający się z rozmaitych środków żywnościowych dozwolonych nam do spożywania na śniadanie.

Po ukończeniu rannej modlitwy, która trwała przeszło godzinę, niemal wszyscy udawali się do rudery w podwórzu jeszywetu, stojącej prawie do połowy w ziemi. Po prawej stronie, przy wejściu do rudery była jedna olbrzymia izba, w której było więcej okien wybitych niż całych. W izbie tej stało kilka żelaznych łóżek z brudnymi siennikami. Było to pomieszczenie dla bezdomnych uczniów, czyli — że tak się wyrażę — wytrwałych kandydatów na rabinów i zbawców Izraela. Po lewej stronie mieścił się sklepik szamesa, czyli bufet. Co rano można było spotkać stojącą za bufetem żonę szamesa, osóbkę ciężkiej wagi.

Wzdychała zawsze nabożnie, jak grzesznik przed śmiercią. Pomagała jej w pracy osiemnastoletnia córka Zełda, która obsługiwała każdego z tajemniczym uśmiechem na zmysłowych wargach.

Klienci jedli nabyte śniadanie, składające się z chleba, mleka, kawy, bułki, masła lub śledzi, na stojąco. Ryby i gęsie wątróbki należały już do delikatesów. Na nabywców tych ostatnich patrzono jak na wielkich łakomców, a co gorsza, nawet rozrzutników. Można także było często widzieć takiego biedaka, co zamiast „dnia” u ludzi, otrzymał od nich pięć kopiejek na całodzienne utrzymanie. Śniadanie takiego „kapitalisty” najczęściej składało się z gotowanego grochu, który nabywał za dwa grosze.

W każdą niedzielę, gdy ojciec przyjeżdżał do Ł., to zwykle poświęcał kilka minut, by mnie odwiedzić. Gdy go do godziny czwartej po południu nie było, wiedziałem, że nie ma czasu. Udawałem się wtenczas sam do hotelu, gdzie w jego pokoju, na znanym mi miejscu leżała zwykle paczka dla mnie, przysłana przez matkę. Były to prawie zawsze same smakołyki.