Kobieta zaczęła mi opowiadać. Słuchając, myślałem, że ziemia mi się ugina pod nogami. Pobiegłem co tchu w stronę domu. Przecisnąłem się zaledwie między tłumem i wpadłem na podwórze i do domu, skąd dochodził lament kobiecy.
Moim oczom przedstawił się straszny widok. Skamieniałem.
Hanka leżała nieruchoma na łóżku. Rzuciłem się do niej z krzykiem na ustach. Policjant, który czuwał w pobliżu na krześle, zwrócił się do jej matki, rwącej sobie włosy z głowy i zapytał:
— Czy to ten jej narzeczony?
Ta kiwnęła głową. Policjant objaśnił mnie, że jestem aresztowany. Sam nie wiedziałem, kiedy i jak zaprowadzono mnie na policję.
Na policji dopiero dowiedziałem się, że Hanka otruła się i że ja jestem przyczyną tego, co się stało. Zadrżałem i nawet słowa nie mogłem wypowiedzieć, po czym zaprowadzono mnie do aresztu.
W kozie było nas piętnastu aresztowanych. Tym razem miałem już tu znajomych. Pocieszali mnie, że sędzia śledczy musi mnie zwolnić.
Ja jednak, pomimo że zupełnie nie czułem się winny jej śmierci, wyrzucałem sobie w duchu, że kto wie, czy to naprawdę nie ja doprowadziłem ją do tego kroku, byłem przygnębiony.
Przed wieczorem sam „Cwajnos” przyniósł mi obiad. Policjant pozwolił mu pomówić ze mną. Pocieszał mnie, że dziś jeszcze albo jutro sędzia śledczy na pewno mnie uwolni, gdyż Hanka zwierzyła się przed jedną z koleżanek, a ta ma zeznać u sędziego śledczego, co spowodowało ten stanowczy jej krok. „Cwajnos” zaś w sekrecie mi się zwierzył, że jest możliwe, że nabawiła się strasznej choroby i to ją doprowadziło do tego kroku.
Zbladłem, słysząc to, i momentalnie postanowiłem zerwać z tym życiem i wyjechać stąd, gdy mnie tylko zwolnią, gdzie mnie oczy poniosą.