Słuchając go, na koniec zapłakałem, brat jej też płakał. Smutno było patrzeć, jak ten człowiek płakał nad stratą siostry, którą za życia stale prześladował. Co do mnie, pod tym względem nie miałem wyrzutów. Byłem dla niej dobry i cały czas naszego pożycia nie tylko, że jej nie biłem ani razu, ale nawet nie obraziłem słowem.

Dziś nawet, jako człowiek podżyły, czuję się dumny z tego powodu, pomimo że jestem nacechowany jako zbrodniarz. Nigdy w swoim życiu nie byłem brutalny wobec kobiet. W każdej kobiecie widziałem odbitkę mej kochanej matki. Nie powiem, że żadna z kobiet, które znałem bliżej, nie wspomina czasem źle o mnie. Może są i takie, ale te kobiety należały do tych, które same tego chcą, by mieć później na kogo narzekać.

Słowa jej brata sprawdziły się, sędzia śledczy na drugi dzień mnie zwolnił, jednak niezupełnie. Trzy dni po tym zajściu zostałem odtransportowany etapem do mojej guberni.

Nie będę opisywać, jakie męki i cierpienia przechodziłem podczas etapu, który trwał aż przeszło miesiąc. W każdym mieście po drodze przesiedziałem po kilka dni w areszcie, zanim dołączono mnie do dalszej partii aresztantów.

Gdy przybyłem na miejsce, zwolniono mnie, ale pod warunkiem, że mam się stawić na każde zawołanie policji. Cieszyłem się też w duchu, gdy dowiedziałem się, że wygnano z mego miasteczka Żydów. Przez to nie transportowano mnie do samego domu. Dopiero, pomyślałem, najadłbym się tam wstydu...

Gdzie się moja rodzina znajduje, wcale nie wiedziałem. Dowiedziałem się dopiero na drugi dzień od znajomego kupca. Opowiedział mi, że ojciec mój dużo z majątku postradał z powodu wojny. Wygnany został z domu w nocy przez kozaków, razem z innymi Żydami. Nie pomogło to ojcu, mówił, że w naszym domu był główny sztab i nawet to, że jakiś wyższej rangi oficer, który zamieszkiwał u nas, umizgał się do młodej żony ojca. Ojciec ledwie zdążył pozbierać żywy inwentarz, trochę garderoby i pościeli, reszta została w rękach żołdaków. Gdy go zaś spytałem, gdzie teraz ojciec jest, nie umiał mi na to odpowiedzieć.

Ta smutna nowina dopełniła miarkę mojego cierpienia po śmierci nigdy niezapomnianej Hanki.

Tu w mieście Ł. ślady wojny można było poznać na każdym kroku. We dnie i po nocach słychać było strzały armatnie, widziałem też pełno samochodów z rannymi bez rąk i nóg.

Aeroplany niemieckie też krążyły nad miastem, siejąc zamieszanie i popłoch, rzucając bomby, gdzie popadło. Byłem też raz świadkiem śmiesznego, a zarazem smutnego widoku. Aeroplan niemiecki krążył tuż nad obszernym podwórzem jednego z domów, gdzie kwaterowało jakieś wojsko. Widziałem, jak oficer rosyjski stanął na środku ulicy i patrzył lornetką w górę, a potem dał rozkaz dwudziestu żołnierzom, by strzelali do aeroplanu z karabinów.

Żołnierze pukali zawzięcie raz po raz, a aeroplan, jakby sobie kpił z tego pukania, to się zniżał, to się znów podnosił w górę. Żołnierze wytrwale dalej pukali. Trwała dość długo ta zabawka, wtem usłyszałem krzyk, a straszny huk rozległ się wokoło. Ja z innymi, co przyglądaliśmy się temu niezwykłemu widowisku, upadliśmy ze strachu na ziemię. Bomba upadła w sam środek między żołnierzy, uderzyła nieomal w głowę oficera. Został on rozszarpany na kawałki razem z innymi żołnierzami.