Na mieście pozostało kilku rannych, a na drutach telegraficznych wisiały kawałki tych nieszczęśliwych. Straszny, przejmujący grozą był to widok. Ludzie określają to na pozór nic nieznaczącym jednym słowem „wojna”. „Więc to jest wojna” — pomyślałem.
Aeroplany, ośmielone teraz, rzucały bomby na prawo i na lewo, rezultat był straszny. Po oddaleniu się aeroplanów sam pomogłem podnosić rannych przechodniów, którzy leżeli i wołali o pomoc. Strasznie było patrzeć na to. Od tej chwili nienawidziłem Niemców. Dużo razy jeszcze, niemal codziennie, byłem świadkiem takich morderstw niewinnych ludzi.
Miasto Ł. jest nieduże, ale za to przepiękne, a leży na samym wzgórzu przy Narwi, niedaleko niemieckiej granicy.
Mógłbym może wiele rzeczy opisać o wojnie, na co moje oczy patrzyły, a czego może nie zauważył kto inny lub nie chciał tego widzieć, ale przyznam się tu szczerze, że pióro moje jest za słabe, by móc to opisać. A więc nie chcę tu odstąpić zupełnie od tematu i zostawię to Remarque’owi137. Zapewne on to lepiej opisze niż ja.
Tu, w mieście Ł. miałem bardzo dużo znajomych jeszcze z czasów jeszywetowskich, to miasto dużo rzeczy mi przypominało. Przede wszystkim przypomniałem sobie moją pierwszą opiekunkę i starałem się dowiedzieć, co ona teraz porabia. Kusiło mnie, by się zaprezentować przed nią jako już doświadczony, dziewiętnastoletni młodzieniec. Ciekawiło mnie też bardzo, jak ona mnie teraz przyjmie.
Tego samego dnia, co o niej pomyślałem, odszukałem jej adres, a wieczorem udałem się prosto do jej domu.
Jak też wielce mnie zdziwiło, gdy drzwi mi otworzyła jakaś kobieta, która mi się wydawała zupełnie nieznana. Za to ona mnie od razu poznała. Zmieniła się zupełnie, nie do poznania. Zestarzała się o jakieś dziesięć lat. Gdy usiadłem na jej zaproszenie, zaczęła mi opowiadać o swej biedzie, że wyszła za mąż po raz drugi i tym razem nieszczęśliwie trafiła, na dodatek męża jej zabrali na wojnę. Skarżyła się, że zostawił dwoje małych dzieci i że musi się utrzymać z robienia papierosów. Żal mi jej doprawdy było. Ale nie czułem już tego jak dawniej, że warta ona jeszcze zachodu. Więc też zaraz co prędzej ją pożegnałem i wyniosłem się. Daremnie sadziła się na uśmiechy, próbując mnie zatrzymać.
Obiecałem jej tylko, że jutro przyjdę na pewno, a tym razem mam ważne sprawy do załatwienia. Słowa danego nie dotrzymałem, tak jak wielu mężczyzn postąpiłoby w tym wypadku...
XXXV
Parę dni tak się wałęsałem bez celu po mieście, pieniądze jeszcze miałem, więc jeszcze nie myślałem o występku. Po drugie w tym mieście, gdzie mnie znano i moją rodzinę, wstydziłem się i bałem o to, by ktoś się nie dowiedział, kim zostałem. Za nic w świecie nie chciałem im tu robić wstydu, nawet zacząłem nienawidzić teraz samego siebie, sam nie mogłem sobie tego wytłumaczyć, co ze mną zaszło.