Po śmierci Hanki zacząłem odczuwać jakby pewien wstręt do popełnionych przeze mnie występków. Czyżby dlatego, że ona za takie prowadzenie się tak haniebnie samobójstwem skończyła? A mnie, o ile będę tak dalej się prowadził, czy też nie spotka ten sam los? Kto wie, może być nawet ze mną jeszcze gorzej, umrę jako złodziej w więzieniu, pogardzony przez wszystkich. Postanowiłem naprawić swe postępki i wydostać się z tego bagna, w którym już tkwiłem po szyję. Tu przyszło mi znów na myśl, jak uskutecznić ten zamiar, kto przyjmie mnie do pracy, wiedząc, kim jestem? A jeśli mi się nawet to uda, czy ja, który jestem już przyzwyczajony do lekkiego życia, zabaw i hulanek, będę teraz w stanie brać się do jakiejkolwiek pracy i zadowolić się jakimś marnym zarobkiem?
Wzdrygnąłem się na samą myśl o tym, że ja, który już poznałem łatwe sposoby zdobywania większych sum, co prawda wśród krótkich chwil strachu, za które jednak dużo się ma przyjemności, mogąc sobie pozwolić na wszystko, co serce zapragnie, nie zdobędę się chyba na mozolną pracę. Bałem się tego. Walka wewnętrzna nie dawała mi teraz spokoju. Z jednej strony pociągała mnie wesołość bezmyślnego trybu życia, a z drugiej strony odezwało się wpojone we mnie przez matkę pragnienie pozostania człowiekiem. Walka ta trwałaby, kto wie jak długo, gdyby przypadek nie przyspieszył decyzji.
Pewnego dnia na jednej z ulic spotkałem się z właścicielem piekarni, z tym samym, u którego kiedyś za czasów jeszywetowskich się stołowałem. Chciałem go ominąć, jednak mnie poznał. Nie dając mi przyjść do słowa, pociągnął mnie do swego domu. Zaraz, gdy tam wszedłem, otoczony zostałem przez jego żonę i dzieci i wszyscy witali mnie jak domownika, a na pytania nie mogłem nadążyć odpowiadać.
Zdziwiło mnie tylko to, że z mojej wizyty starsza córka jakby nie była zadowolona. Ta sama, która się kiedyś mną interesowała. Za wspólne spacery z nią zostałem przedstawiony przed rosajszywę. Wyrosła teraz i wyładniała i nie mogłem od niej oczu oderwać. Za to ona jakby jakoś inna była. Ona jedna ze wszystkich domowników chłodno mnie przywitała, jakby mnie nigdy nie znała i obojętnie odpowiadała na moje zachwyty nad jej urodą.
O, wy kobiety, kobiety... Jak ciężko jest was zrozumieć!...
Tu teraz dowiedziałem się, gdzie ojciec zamieszkuje. Dowiedziałem się także, że ojca spotkała nieprzyjemna historia, a nawet był aresztowany i okuty w kajdany.
Hecę tę warto tutaj wspomnieć: We wsi K., niedaleko Białegostoku, gdzie ojciec wówczas zamieszkiwał z rodziną, otrzymano pewnego dnia rozkaz, by zaaresztować wszystkich Żydów, którzy posiadają rude brody. Przyjechało też z rozkazem kilku żandarmów, by go wykonać.
Wieś ta liczyła trzydzieści familii żydowskich. Łatwo sobie wyobrazić, jaki lament i rwetes tam powstał, gdy skuto wszystkich w kajdany. Rozstrzeliwanie Żydów przez Rosjan o byle jakie podejrzenie było w tych stronach na porządku dziennym.
Jeden mi teraz opowiadał o tym, że w ich miasteczku Żyd, tragarz, odnosił worek mąki do sklepiku, a gdy wrócił spocony, czapką sobie chłodził twarz. Był to bardzo gorący dzień, a słońce niemiłosiernie piekło. Traf chciał, że aeroplan niemiecki się ukazał. Ktoś z rosyjskich żołnierzy, którzy stali tam w miasteczku, krzyknął, że ten Żyd daje znaki, jak aeroplan ma w górze manewrować.
Nie pomógł płacz jego żony i dzieci, ani tłumaczenie Żyda, w ciągu godziny został postawiony pod mur i ochłodzony na dobre. Więc nic dziwnego, że pożegnano tych „rudych” jako na stracenie.