A gdy bliżej mi się przyjrzała, krzyknęła:
— Boże, jaki ty czarny, mizerny, co tobie jest?
Na ten rozpaczliwy okrzyk wszyscy domownicy, nie wiedząc, co się stało, powstawali na nogi. Ojciec przywołał mnie chłodno i rzucił uwagę:
— Co ci się tak śpieszyło, czy nie mogłeś zaczekać na mnie? Przecież w niedzielę byłbym cię przywiózł. — Mierzył mnie przy tym od nóg do głowy zaspanymi oczyma. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, gdy już stała miednica z wodą, bo i rzeczywiście byłem cały obłocony.
Po umyciu i przebraniu matka posadziła mnie na kanapie przy piecu i zakrzątała się koło wieczerzy, przypatrując mi się jednocześnie tak, że nie mogłem jej wzroku wytrzymać, próbowała przy tym nawiązać rozmowę na temat, który mnie niezmiernie drażnił. Czyżby domyślała się, jakie stosunki łączyły mnie z jej przyjaciółką? Na samą myśl o tym drżałem. Próbowała matka dość niezręcznie wszelkich sposobów, żeby mnie wybadać. Ja jednak, ogarnięty wstydem i strachem milczałem, co ją jeszcze więcej drażniło, a tym samym upewniało w domysłach.
Po dwugodzinnej rozmowie z matką udałem się na spoczynek, ale nie mogłem zasnąć. Było mi jakoś ciężko na duszy, albowiem będąc nader przywiązany do matki, za nic w świecie nie chciałem sprawić jej bólu, tym bardziej przez wyznanie przyczyny swego tak mizernego wyglądu. Przypomniałem sobie wówczas jej ostrzeżenie przed kobietami. Dusza mi zamierała z bólu i żalu na samo wspomnienie, że ja, beniaminek matki, nie uszanowałem jej przestróg. Wprawdzie niezdolny byłem ocenić należycie swego występku, którego powodem była żona starca, jednak rozumiałem, że zaszło ze mną coś takiego, że gdyby matka o tym wiedziała, to kto wie, jakie skutki by z tego wynikły i jak rozczarowałaby się swą przyjaciółką, której powierzyła z całym zaufaniem swego syna.
Przewracałem się z boku na bok, jakbym leżał na żarzącym się węglu, nie mogłem zasnąć. Z drugiego pokoju dolatywał mnie jakiś szmer rozmowy, coraz to gwałtowniejszej. Była to sprzeczka ojca z matką. Nadstawiłem uszu i zrozumiałem, że spór tyczy się mnie, ale treści nie mogłem uchwycić. Zatopiony w rozmyślaniu, zasnąłem, lecz sen był niespokojny, albowiem zaczęły mnie dręczyć majaczenia. Po jakimś czasie przebudziłem się, drżąc cały, i dopiero nad ranem zasnąłem na powrót, lecz znów wpadłem w labirynt snów niedorzecznych. Obudziłem się zlany zimnym potem, zupełnie złamany na duchu. Matka stała nade mną przestraszona. Wygadywałem podobno niestworzone rzeczy. Zapytała, czym nie chory. Nie odpowiadając, zasnąłem po raz trzeci.
Były to początki ciężkiej choroby. Został sprowadzony znany w Ł. doktor K. Po zbadaniu orzekł, że jestem przemęczony i potrzebuję wytchnienia. Przepisał lekarstwo. Nie chciałem go wszakże brać do ust. Matka wszystek wolny czas spędzała przy moim łóżku i cicho płakała; widać przypisywała sobie winę tego, co się stało.
Nadeszła jesień, a z nią i święta żydowskie. Miasteczko nasze dużo straciło ze swego uroku. Wszędzie było pełno błota i kałuż. Pomału wracałem do zdrowia, wstawałem już z łóżka. Wielka jednak zaszła zmiana we mnie. Stałem się milczący i nieufny, ślad tego został w dalszym mym życiu.
Od kilku tygodni byłem już „bał-micwe”23, to znaczy, że ukończyłem lat trzynaście a więc przepisy religijne wymagały, abym przy rannej modlitwie miał na sobie „tfiłem”24. Nie czyniłem tego wszakże, gdyż rytuał też wymagał pewnych wiadomości i przygotowań, w uzyskaniu czego przeszkodziła mi choroba. Zacząłem więc co dzień uczęszczać na dwie godziny do podrabina, który wykładał mi, co to jest „tfiłem” i jakie odpowiedzialności spadają na mnie od chwili ukończenia trzynastego roku życia. Tak samo matka pragnęła, abym nauczył się „droszy”25 , którą bym mógł wygłosić w dzień „Sudy26” na swoją cześć.