Ostatnia krata była po wielkich trudach zrobiona.
Teraz strach i trwoga mnie ogarnęła, tak że na przejście przez otwór brakło mi już odwagi.
Pomyślałem, co będzie, zanim się dostanę tam do rogu parkanu. Straż więzienna spostrzeże mnie albo, co gorsze, wspólnicy nie dotrzymają słowa, a zbawcza linka nie będzie przerzucona. Co wtedy będzie? Żadna inna myśl nie miała w tej chwili do mnie dostępu. Pot kroplisty zalewał mi oczy, czułem też, że teraz nie ma czasu do namysłu i wahania. O naprawieniu tego, co już się dokonało i położeniu się spać nie mogło być mowy, trzeba było tu przymusowo działać dalej.
Zegar wybijał punktualnie dwunastą.
Zdobyłem się wreszcie na odwagę, wytknąłem głowę za kratę i obejrzałem się po stronach, a następnie, podpierając się całym wysiłkiem rękoma, wysunąłem się na ziemię, która była równo z oknem. Leżałem tak chwilę, potem podniosłem głowę, ale nic nadzwyczajnego nie spostrzegłem. Prędko podczołgałem się na brzuchu do wskazanego mi miejsca i już leżałem przy parkanie. Wszakże bałem się jeszcze podnieść głowę, by zobaczyć, czy jest zbawcza linka, bałem się, żebym czasem nie doznał zawodu. Podniosłem nareszcie głowę i nic, wyżej spoglądałem i tu też nic nie było.
„Przepadłem” — przemknęło mi przez głowę. Chciało mi się w tej chwili krzyczeć, płakać, tłuc głową o ścianę. Przerażenie doszło do tego punktu, że groziło mi utratą przytomności, byłem zgubiony. Jeszcze chwila, a wszystko spostrzegą. Patrzyłem na wartownika, który stał wsparty na karabinie o jakieś dwieście kroków ode mnie, niedaleko latarni. Zdawało mi się, że on wciąż na mnie patrzy. Zamarłem w bezruchu, przylepiony do rogu muru, nie wiedząc, co robić ze sobą. Na szczęście mur był pobielony, a ja ubrany tylko w bieliznę, więc stojąc przy murze, nie mogłem być z daleka widziany. Do tego też końca wartownik nie dochodził, bo tu więźniowie zupełnie nie siedzieli.
Za chwilę usłyszałem poza murami turkot dorożki. Drgnąłem i cały zamieniłem się w słuch, słyszałem, jak stanęła tuż niedaleko. Przez myśl przesunęło mi się, że to na pewno oni, że spóźnili się, a teraz przybywają. Wtem linka uderzyła mnie tak silnie w głowę, że niemal nie krzyknąłem z bólu. Uchwyciłem się kurczowo za koniec linki i w panicznej trwodze, wysilając się, wciągnąłem się. Trzymano ją tam mocno, a co kawałek zrobiony był węzeł. Więc już bez trudności znalazłem się na parkanie i nie patrząc na znaczną wysokość, machinalnie zeskoczyłem na dół i czułem, że wpadłem w jakiś rów.
Za chwilę zarzucono na mnie bez słowa płaszcz i wrzucono do dorożki, która ruszyła momentalnie z miejsca.
Byłem uratowany, w objęciach wspólników. Z nadmiaru szczęścia rozpłakałem się. Wspólnicy zaopiekowali się mną i zawieźli do pewnego domu, gdzie oddano mnie pod opiekę starszej kobiety. Tam też przebywałem trzy tygodnie, zanim przyszedłem do siebie. Potem wyrobiono mi znów „lewy gryps”157 i opuściłem Vaterland, przeklinając w duchu, żem tu przyjechał.
Z wyjazdem do kraju musiałem być bardzo ostrożny. Niemcy porozsyłali za mną listy gończe. Sam tu czytałem o swej ucieczce. Opisano ją zupełnie inaczej niż w rzeczywistości było.