Przez cały czas mojego pobytu w więzieniu ani razu nie pomodliłem się. Usta nie chciały wymawiać słów modlitwy, jednakże teraz, gdy zbliżała się tak poważna chwila, udałem się o pomoc do Boga, choć sam nie wiem, czy w ogóle kiedyś w niego naprawdę wierzyłem... Czy człowiek szczerze wierzący w Boga może zostać zbrodniarzem?
W całym swoim życiu, nawet podczas nauki w jeszywecie nie modliłem się tak gorąco i szczerze jak teraz. Modliłem się dość długo, przysięgając sobie, że o ile uda mi się stąd wyjść, stanę się uczciwym człowiekiem i nigdy, przenigdy już z kodeksem karnym nie będę miał nic wspólnego. Zegar więzienny począł wybijać godziny. Podniosłem głowę i nasłuchiwałem. Dziewięć tępych i obojętnych uderzeń zegara odbiło się o moją duszę. „Co się ze mną stanie za trzy godziny?” — pomyślałem. Tak, zbliża się stanowcza chwila zbawienia. A gdy się nie uda? Wtedy straszne, wolne konanie czeka mnie tu przez długie lata, a jedynym ratunkiem, który mi jeszcze wtedy pozostanie, będzie pójść w ślady nieszczęsnego sąsiada...
Należało się wziąć do dzieła. „Włosy” już sobie w dzień przygotowałem, na ich końcach przymocowałem patyczki, o które postarałem się poprzednio. Niepokój mnie teraz ogarnął. Musiałem skupić całą siłę woli, by opanować trapiące mnie zwątpienia. Najpierw należało rżnąć kratę, która oddzielała mnie od okna.
Karcer był urządzony tam w ten sposób: cela miała długości dwanaście stóp, a szerokości siedem stóp. Była przegrodzona na pół żelazną kratą od sufitu do samego dołu. Więźnia wpuszczano tam przez małą furtkę znajdującą się w kratach. Stała tam nara murowana z cementu, dzbanek na wodę, kibel i gałgan do wycierania kurzu. Okno zaś było w drugiej połowie celi. Gdy dozorca wszedł do celi, stał właśnie z tej strony krat, a więzień za kratą wyglądał jakby jakieś zwierzę w menażerii.
Zrobiłem pierwszą kratę, przy której mi pękły dwa włosy, pozostało jeszcze siedem, z przerażeniem pomyślałem, co to będzie, gdy mi wszystkie włosy popękają przed skończeniem pracy. A tu trzeba było oprócz tej kraty przerżnąć jeszcze o wiele grubszą.
Wtem usłyszałem otwieranie bramy żelaznej na korytarzu i kroki rozległy się głuchym, grobowym echem i zbliżyły się ku mnie. Od strachu włosy na głowie stanęły mi dęba. Wszakże byłem na tyle przytomny, że prędko ułożyłem się w pozycji śpiącego, zastanawiając się, co tu się stać mogło, że o tej porze idzie ktoś do mnie. Nasłuchiwałem, ktoś zbliżył się do karceru, stanął przy drzwiach i podsłuchiwał. Potem ktoś walnął pięścią w drzwi, nie odzywałem się, walnął po raz drugi i zawołał mnie po nazwisku.
Po chwili odezwałem się.
— Gut, gut, kannst weiter schlafen156 — rzekł do mnie i słyszałem znów, jak kroki oddaliły się.
Domyśliłem się, że to jakiś litościwy Niemiec przyszedł sprawdzić, czy się jeszcze nie powiesiłem, co się często w karcach zdarzało.
Nie było minuty do stracenia. Przelazłem zaledwie przez kraty na drugie pół celi i jak najciszej wdrapałem się na okno. Nasłuchiwałem, co się dzieje na tym podwórku, lecz prócz ciężkiego stąpania straży więziennej nic nie doleciało do mych uszu. Wytężyłem wzrok, lecz nic zobaczyć nie mogłem.