Niemiec aż podskoczył ze złości i krzyknął:
— Weist du nicht, dass das Rauchen hier verboten ist, du Lump? Wie lange sitzt du hier?153
— Trzy miesiące — odparłem.
— Drei Monate, und weist nicht, dass das Rauchen verboten ist? Im Arrest hast du schon gesessen?154
— Nie jeszcze — odparłem.
— Jetzt wirst du sitzen155 — odparł ironicznie i kazał mi iść przed sobą. Zaprowadził mnie tam, gdzie były karce. Karce mieściły się w suterenie, w samym rogu gmachu, o jakie trzy kroki od parkanu.
Zrozumiałem też, że na szczęście trafiłem do ostatniego karcu przy szpitalu, o którym wspólnicy wspomnieli. Było tu sześć karców. Trafiłem, że akurat stały próżne. Wszystko jakby mi teraz sprzyjało, bo nieraz bywało, że sąsiad, słysząc, że ktoś piłuje kratę, zaraz dzwonił, wołając dozorcę. Tu byłem sam oddalony od ogółu.
Za jakąś godzinę zawołano mnie do kancelarii, gdzie dostałem trzy dni karceru i z powrotem odprowadzono mnie do tegoż karceru. Dziwna rzecz, teraz głodu nie odczuwałem, choć byłem od wczoraj bez obiadu i od dziś skazany tylko na czterysta gramów chleba dziennie i na wodę, nie myślałem wcale o jedzeniu. Cała moja dusza i całe moje „ja” było zajęte jednym, żeby jak najprędzej doczekać się jutra dwunastej godziny w nocy. Każda minuta wydawała mi się latami. Zanim zegar wybił kwadranse, pięciominuty, zdawało mi się, że upłynęły wieki całe.
Całą noc nie spałem, nad ranem jednak zasnąłem. Dzień cały, który przeżyłem w oczekiwaniu na noc, wydawał mi się dłuższy niż te dwadzieścia lat, które na świecie przeżyłem.
Nareszcie światło dzienne zaczęło ustępować, a zmrok coraz więcej wypełniał karcer. Tym razem ciemność sprawiła mi większą ulgę. Zbliżała się chwila mojego zbawienia albo też zupełna zguba, gdyby mi się nie powiodło.