Myślami dokonywałem strasznych rzeczy, aby wolność osiągnąć, a ręce wieszały się jednak bezwładnie jak u trupa. Wyrzucałem sobie nieraz własne tchórzostwo, wszakże na nic nie mogłem się zdecydować.
Trzy dni tylko pozostało mi do oznaczonego terminu, był już wtorek, od dnia widzenia upłynęło dni sześć. Przez ten czas ani razu nie wytarłem kurzu. Pragnąłem, aby pan Aufseher wziął mnie na oko.
Tak też było. Rano obejrzał porządek w celi, a czynił to zawsze we wtorek. Robił też często niespodzianki w inne dni. Począł mi pokazywać kurz, to na półce, to na piecu i pod łóżkiem, grożąc mi, że zakuje w kajdany i pośle do karcu, o ile jeszcze raz taki nieporządek zastanie.
Odpowiedziałem mu, że kurz dzisiaj dobrze wytarłem. Naumyślnie to zrobiłem, by go tym podrażnić. Niemiec, zły, pociągnął mnie za ucho do centralnego ogrzewania.
— Co to jest! — krzyknął groźnie, nabierając na palce kurzu, a widząc, że milczę, otarł palce silnie o mój nos.
W mnie krew zawrzała, miałem ochotę złapać mojego stałego prześladowcę za gardło i raz skończyć z tym wszystkim. Jednakże przypominając sobie, o co idzie, że tu w grę wchodzi wolność i że mogę gwałtownością zepsuć całą sprawę, uspokoiłem się.
Tegoż dnia obiadu za karę nie dostałem. Głodny i smutny poszedłem tego wieczora na mój barłóg z postanowieniem, że jutro na nowo muszę coś przeskrobać i z tymi myślami zasnąłem.
Rano na spacerze zacząłem rozmawiać do więźnia, który szedł przede mną. Ten nie odpowiadał mi. Widziałem, że Niemiec mnie już zanotował. Rozmawiałem więc sobie dalej, lecz więzień milczał jak mur. Niemiec, widząc, że rozmawiam bez krępowania się i wyzywająco, krzyknął, bym natychmiast przystanął. Zbliżył się do mnie i groźnie zapytał:
— Was hast du gesprochen? Weist du nicht, dass das sprechen verboten ist?152
— Prosiłem, by mi dał popalić papierosa — odparłem głupkowato.