Starannie „zamelinowałem” włosy, jedyną nadzieję mojej wolności. Począłem teraz rozmyślać, jak się zabrać do tego. Od jakiego przestępstwa zaczynać, by się dostać do karcu, ale żeby czasem nie przeholować, wtedy bowiem zakują ręce i nogi i nic już nie zrobię w karcu. Tej nocy smaczniej spałem. Nadzieja odzyskania wolności uprzyjemniała mi sen.

Dzień już zaświtał. Słońce powolnie przenikało do mojej celi. Zdrowodajne promienie zakradały się przez żelazne kraty, jakby się wstydziły zajrzeć do tej nory i spojrzeć na mnie pełnym blaskiem. Zdawało mi się, że jestem już wolny, że czerpię pełną piersią wolne powietrze. Doleciał mniej zapach łąk, pól i lasów, a gdy za chwilę ocknąłem się z marzeń, widziałem się znów pośród czterech ścian mojego grobu, przed kratami nie do przegryzienia.

Jednak wstałem tego dnia z większą ochotą do życia. W moim nieszczęściu, mówiłem sobie, jestem jeszcze szczęśliwy, choćby dlatego, że mnie tu umieszczono na czwartym piętrze, w celi, gdzie słońce często, choć ukradkiem, odwiedza mnie, gdzie mogę czasami niepostrzeżenie wyjrzeć na ulicę i oglądać ludzi wolnych, jak i pięknie wystrojone kobiety. Ach! Te kobiety... one są marzeniem więźnia po utracie wolności, one są dla więźnia całym jego wspomnieniem, do nich więzień tęskni aż do bólu fizycznego, przez nie dziewięćdziesiąt dziewięć procent staje się więźniami...

Człowiek, który wegetował długie lata za kratami, ten tylko jest zdolny pojąć i ocenić wartość kobiety. Gdyby nie ona, więzienie byłoby mniej straszne, a wolność mniej ceniona... Zapytywałem razu pewnego więźnia, co by jeszcze zapragnął od życia. Przesiedział on już dwanaście lat, a miał jeden wyrok na bezterminowe więzienie i na dodatek z innych spraw dano mu jeszcze czterdzieści dwa lata. Odpowiedział mi:

— Raz jeszcze... pocałować kobietę, a później umrzeć.

Do tego stopnia kobiety są cenione niemal u wszystkich więźniów, bez względu na charakter przestępstwa, za które pokutują. Ba, nawet żonobójcy piszą tu wiersze o miłości. Zdaje mi się, że zagalopowałem się i zaczynam znów filozofować, gubiąc temat, więc wracam.

Gdy ubrałem się, stanąłem w oknie, patrząc w przestrzeń, w stronę, gdzie stał jakiś komin fabryczny. Wciągnąłem w płuca świeże powietrze, które sprawiło mi ulgę w cierpieniach. Myślałem tylko o ucieczce. Lecz im bardziej zastanawiałem się nad pomysłem, który mi podano, tym trudniejszy mi się wydawał do urzeczywistnienia.

Pomyśleć tylko, że okno okratowane grubymi prętami, że straż czuwa w dzień i w nocy. Drzwi mocno zaryglowane i zamknięte. Walka toczyła się w moim umyśle, czy ten plan, który wspólnicy podali, jest w ogóle wykonalny, czy nie lepiej szukać własnego planu? Chodziło mi o to, że gdy narażę się już na karcer, mogą mnie pomieścić akurat nie tam, gdzie oni mi wskazali. A wtedy co? Po odsiedzeniu już nie pójdę do tej samej celi, z którą się już tak zżyłem. Zdawało mi się, jak i każdemu więźniowi, że właśnie jego cela jest najlepsza i że słońce wyjątkowo tylko do niej zagląda.

W więzieniu staje się człowiek nieufny nawet wobec własnych myśli. Jeden pomysł odpycha drugi, tak, że wreszcie nie jest on zdolny na żadne decydowanie. Dręczy go też przy tym żądza walki.

Takich uczuć i ja doznałem, pragnąłem coś dokonać, bić, mordować. Starczyło jednak, aby pan Aufseher ukazał się w mojej celi, a stanąłem wtedy pokornie jak baranek przy ścianie, nie śmiąc nawet głośno oddychać. O! Jakże wtedy uczułem swoją nicość i niemoc! Jestem tego pewny, że gdyby tak można myślami uśmiercić człowieka, to na pewno ten Aufseher, gdy wszedł do celi opukać kraty czy też na rewizję, albo tak sobie, by mi trochę zagrać na nerwach, nie wyszedłby z niej cały.