Po piętnastominutowym widzeniu wręczyła mi przez dozorcę małe zawiniątko i pożegnała słodkim uśmiechem, wymachując rękawiczką. Co nie mogła dopowiedzieć mi na widzeniu w obecności dozorcy, dopowiedziała rękawiczką, ja jeden tylko to zrozumiałem.
Życie w więzieniu, nikt na pewno nie wątpi, jest straszne, więc tym bardziej każdy zrozumie, jak wielka jest uciecha więźnia, gdy go nagle ktoś odwiedza z wolności, a do tego, gdy dana osoba daje mu nadzieję, że wkrótce będzie wolny. Kto taką chwilę przeżyje, nigdy jej nie zapomni...
Ja też, przyszedłszy z widzenia, skakałem niemal z radości. Więc nie jestem opuszczony przez wspólników, których już posądzałem, że o mnie zapomnieli! Gdybym nawet nagle odzyskał wolność, może by mnie to tak nie ucieszyło, jak ta nadzieja, którą mi dano.
Będąc wygłodniały, zabrałem się zaraz do jedzenia. Prawdę mówiąc, to do jedzenia nie było co. Nie pozwolono podać mi nic. Tylko dziewczyna ze łzami w pięknych oczach uprosiła zezwolenie podania mi tej małej paczki. Prawdopodobnie w czasie pokoju nie było wolno niczego podać, a cóż dopiero w czasie wojny, gdy artykuły spożywcze były na kartki.
Rzuciłem się na to z wilczą żarłocznością. Najpierw ostrożnie zjadłem dwie tabliczki czekolady, później pudełko sardynek i kilka pomidorów. Wszystko oddał mi dozorca pokrojone w kawałki. Następnie zacząłem wędrować po celi, gryząc kawałki cukru.
Przyznam się, że zwątpiłem w to, czy dobrze zrozumiałem, co ona pokazała mi rękawiczką, zrozumiałem bowiem, żebym dobrze uważał przy jedzeniu, że tam coś podano.
Zjadłem już wszystko to, co było można zjeść. Dozorca mi to wręczył i kazał zaraz zjeść. Pozostało mi z trzydzieści kawałków cukru w kostkach i nic takiego jeszcze nie znalazłem. Zacząłem się niepokoić. Może dozorca znalazł to i ona naraziła mnie tylko na niebezpieczeństwo. Wtem ugryzłem cukier i natrafiłem nagle na jakiś przedmiot. Tak, włos angielski151 był już w moim posiadaniu. Ucieszyłem się niezmiernie tym odkryciem. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że należy tego szukać w kostkach cukru. Zacząłem teraz starannie oglądać każdą kostkę cukru. Stanąłem przy samych drzwiach, tak by przez judasza nie mógł mnie nikt podglądać. Odkryłem jeszcze osiem kawałków włosa i „gryps”. To wszystko tak po mistrzowsku było zamaskowane w kostkach, że ledwie po dłuższej obserwacji zauważyłem, w jaki to sposób było włożone. Przeczytałem gryps wielkości bibułki od papierosa. Było tam pismo małymi literami, szyfrem znanym tylko mnie i wspólnikom.
Powtórzę tu dosłownie treść grypsu:
„Staraj się być w karcu na drugi tydzień w czwartek, zrób tam kratę, a gdy zegar wybije godzinę dwunastą, wyleź śmiało. Po lewej ręce w samym rogu parkanu przy szpitalu będzie linka. Czuwaj”.
Zrozumiałem, że muszę tu dobrze znać rozkład tego więzienia i że trzeba się tak urządzić, jak mi kazano. Więc od dziś za kilka dni będę znów wolny? A jak się nie uda?... Nie chciałem w tej chwili myśleć o tym. Wiedziałem już, co mnie czeka, gdyby się nie udało. Zakują mnie w kajdany na nieokreślony termin i dadzą karcer przez cały miesiąc na chleb i wodę. Widziałem takich śmiałków przez okno, gdy ich prowadzono na spacer. Zdawało mi się, że gdyby mi założono te kajdany na ręce i nogi, z samego strachu umarłbym.