Tak straszne było to życie w więzieniu niemieckim. Do tego trzeba jeszcze dodać głód, który dał się we znaki, grając odwiecznie swego marsza w czasie wojny. Można sobie wyobrazić, jakie życie tam więźniowie pędzili.

Nie chcę rozpisywać się szczegółowo, co tam za tortury przeżyłem, to tylko powiem krótko, że nieraz przypomniałem sobie te dobre czasy z rosyjskiego więzienia, gdy to „Beniek” przynosił mi „byki”, a gdy skwarki wyrzucałem jako hazer. Teraz lizałbym palce po tej kapuście ze skwarkami, która podczas pierwszego mojego pobytu w więzieniu mi nie smakowała. Tu gotowano suszoną kapustę i inne potrawy „głodowego wyrobu”.

Po pierwszej nocy tu spędzonej przebudzenie moje było straszne. Nie chciało mi się wstać, bo po co? Na to, by cały dzień cierpieć głód, patrzeć na cztery ściany grobu, albo tłuc się z kąta w kąt?

Jednak machinalnie na odgłos dzwonka więziennego wstałem w porę. Nie należało i to nawet do mojej woli. Musiałem co dzień wstawać po to jedynie, by zjeść przez cały dzień dwieście gramów chleba, wypić ćwierć litra kawy, zjeść na obiad jeden litr jakiejś zupy, a na kolację trzy czwarte litra zupy i tak codziennie to samo.

Po upływie dwóch miesięcy miałem już tego życia dość. Od chwili aresztowania myśl o ucieczce mnie nie opuszczała ani na chwilę. Tylko ta jedna nadzieja trzymała mnie przy życiu. Gdyby nie to, dawno bym sobie dyndał na kracie albo na centralnym ogrzewaniu, które zdaje mi się, w tym celu jest w więzieniach zrobione.

Przykład, jak się tak pozbawiać życia, dał mi niezadługo sąsiad. Kilka tygodni po moim tu przybyciu, pomimo srogiego rygoru, jaki tu panował, udało mi się z nim parę słów pomówić. Później zaś doskonale się już porozumiewałem pukaniem przez ścianę. Pewnego dnia z rana, gdy zapukałem do niego dwa razy, raz za razem, co miało znaczyć „dzień dobry”, nie odpowiedział mi. Zapukałem trochę głośniej po raz drugi, myśląc, że mnie nie słyszy. Głośne pukanie zaraz sprowadziło „anioła stróża”, a jak nie jego samego, to jego pomocnika, psa, wilka. Ten ostatni za najmniejszym szmerem zjawiał się i stawał pod drzwiami, poszczekując, przez co zaraz sprowadził swego pana. Znów mi nie odpowiedział i zaniepokoiłem się na dobre. Chwilę podsłuchiwałem pod drzwiami i stwierdziłem, że tam u niego w celi już są. Udało mi się też podsłuchać kilka słów. Był to głos felczera więziennego, który objaśnił mi wszystko.

Więzień ten miał lat około trzydziestu pięciu. Był z miasta Łodzi i siedział już dłuższy czas, ciesząc się nadzieją, jak mi mówił, że wojna się prędko skończy i jego uwolnią. Widać doczekać się tego nie mógł i powiesił się na kracie.

Po tym wypadku dłuższy czas spokoju już nie zaznałem. Zdało mi się, jakby ktoś ciągle mnie namawiał, abym poszedł jego śladem. Kto wie, czy bym tak nie zrobił, gdyby w moim życiu nie nastąpił niespodziewany zwrot.

Pewnego dnia zawezwano mnie na widzenie. O! Jakaż w tej chwili radość mnie opanowała, że jeszcze ktoś na wolności pamięta o mnie, ale kto to być może? Serce mi biło. Wywnioskowałem, że to wspólnicy pamiętają i czuwają nade mną. Otucha jakaś na nowo wstąpiła we mnie.

Na widzeniu stanąłem jak wryty. Poznałem od razu piękną siostrę jednego z moich wspólników, u którego jakiś czas mieszkałem. Było to osiemnastoletnie dziecko ulicy. Popłakała się biedna, gdy mnie ujrzała tak nędznie wyglądającego. Dała mi do zrozumienia, że pamiętają o mnie wspólnicy. Teraz już uwierzyłem, że oni myślą o moim uwolnieniu.