Wszędzie dla nich ten sam teren działania, cztery ściany, a w nich dwanaście stóp długa i pięć szeroka podłoga asfaltowa, okno, ach, to okno — pod samym sufitem, a umeblowanie? Wszędzie chyba, na całym świecie, w pojedynczych celach jednakowo jest, więc po cóż to tu opisywać?
Spojrzałem na kraty w oknie, a przez głowę przemknęła myśl: powiesić się albo uciekać stąd.
Wzdrygnąłem się na widok tej małej, czerwonej karteczki wiszącej w mojej celi, pokrytej kilkoma drobnymi literkami, które były dla mnie groźnym posłem, zwiastunem kajdan, nędzy, głodu i śmierci. Gdy na tym dokumencie spoczęły moje oczy, zdałem sobie wtedy sprawę, że przez dziesięcioletni okres czasu nie wolno mi będzie marzyć o innych potrawach i o żadnych wybrykach wolnego człowieka... Za każdym razem, gdy wzrok mój padał na tę kartkę, własnym oczom nie dowierzałem, że rzeczywistość jak stal twarda, nieubłagana, bije we mnie, aż schyliłem się — do ziemi. Jedynym wybawieniem przed tym, co mnie czeka, jest ucieczka.
Wówczas, gdy patrzyłem na tę straszną cyfrę „10”, serce mocniej uderzało w mojej piersi i miałem wrażenie, że jest już koniec świata i że żadna nadzieja dla mnie nie istnieje. Więc po cóż żyć?
Takie smutne rozmyślania doprowadziły mnie nieomal do wariactwa. Jak zabłąkany ptak, który z wolności wpada do pokoju, tłucze się o ściany, szyby i sufit, chcąc się wydobyć, tak i ja wówczas tłukłem się po mojej celi w prawo i lewo, w strasznej rozpaczy uderzając głową i piersią z rozmachem o cztery ściany mojego grobu, wołałem do jakiejś niewidzialnej siły: wolność, wolność!... Po doszczętnym wyczerpaniu oparłem się o ścianę, stałem nieruchomo, a wzrok wlepiłem w kraty, jak gdyby oczyma można je było przepiłować.
Zaraz po przekroczeniu granicy niemieckiej doznałem gwałtownego niepokoju i zdawało mi się, że grozi mi jakieś wielkie niebezpieczeństwo. A teraz w więzieniu zrozumiałem już, skąd pochodził ten gwałtowny niepokój. Groza stawała mi przed oczyma. Przypomniałem sobie, jak zapoznałem się w Berlinie z kolegami, jak przehulałem wszystkie pieniądze z kobietami i w karty, nie myśląc zupełnie o jutrze, będąc w obcym kraju. Przypomniałem sobie też moje niespodziewane spotkanie się w kawiarence na Grenadierstrasse z dawnym wspólnikiem, tym samym, co to jak wspomniałem poprzednio, siedział cztery lata w Orle, przez którego znów stałem się zbrodniarzem. Stanęło mi przed oczyma, jak to po raz ostatni we czwórkę udaliśmy się na wyprawę na jedną z najruchliwszych ulic w Berlinie. Wyobraziłem sobie, jak to smutnie ona się zakończyła, jak mnie złapano, a wspólnicy, ostrzeliwując się, ledwo uciekli.
Przeżywałem to wszystko po wielekroć razy, co zaszło od chwili mojego aresztowania. Nudne, męczące śledztwo, potem sąd i... dziesięć lat Zuchthausu. Wyrok tak srogi otrzymałem za to, że nie chciałem wydać wspólników. Policja wszelkich sposobów używała, by ze mnie coś wydobyć o wspólnikach i co ja za jeden, gdyż jak wspomniałem, miałem przy sobie dwa paszporty i to oba lewe. Na wszystkie zaś pytania milczałem jak mur. Pewny byłem, że wspólnicy o mnie nie zapomną, tym bardziej że zdążyli ulotnić się z łupem. A gdybym ich wydał, to bym sobie w niczym i tak nie ulżył.
W moim nieszczęściu jedyną pociechą była myśl, że się uda stąd ucieczka z pomocą wspólników z wolności. Bez pomocy i nawet myśleć nie było co. Zdążyłem już poznać rygor i srogość niemieckich więzień.
Słowo nawet ukradkiem zaledwie udało się tu przemówić do towarzysza niedoli. Pukanie w ściany było srogo i często karane, tym bardziej że trzeba było się strzec i wiedzieć, do kogo się puka i kto jest sąsiadem. Jeszcze w śledztwie będąc, próbowałem raz zapukać do sąsiada, a ten dał zaraz dzwonek i zameldował dozorcy, że ja pukam do niego, za co też zostałem ukarany odmówieniem obiadu. Karę tę dostałem jako po raz pierwszy, a za drugim razem grożono mi karcerem.
Na wolnej godzinie też nie było można przemówić, gdyż otwierano cele kolejno i jeden za drugim, po dziesięć kroków od siebie oddaleni, wychodziliśmy z celi i w takim porządku szliśmy z powrotem. A jak znalazł się jaki śmiałek, co przemówił, momentalnie został zauważony. Na razie nic mu nie mówiono, tylko nagle, nieraz na drugi dzień lub za dni kilka, zależało to od tego, czy było wolne miejsce, zabrano go do karceru.