Do diabła! Znów filozofuję! Jak mi jest ciężko od tego się odzwyczaić! Ale proszę cię, Czytelniku, przebacz mi, to nie ja temu winien. Każdy kto przesiedział długie lata w pojedynczych celach, jak nie zidiocieje zupełnie, to staje się wtedy filozofem bez żadnych tam dyplomów.
Zacząłem sobie regulować życie w ten sposób: dwieście gramów chleba otrzymanego rano chowałem na wieczór, gdyż głód spać nie pozwalał. Wypiłem tylko kawę. Do obiadu prowadziłem wojnę z pluskwami, po obiedzie było już pochmurno w celi, więc do wieczora spędzałem czas na wałęsaniu się po celi i wyglądaniu przez okno. Książek tu nie dawano żadnych, żeby sobie nie uprzyjemniać czasu.
XLII
Minął tak cały miesiąc. Pewnego dnia zostałem zawezwany do prokuratora Lichnera. Gdy stanąłem w jego gabinecie, siedział on pochylony nad papierami, podniósł głowę i utkwił we mnie wzrok, aby zobaczyć, z kim ma do czynienia. Był to oficer w średnim wieku, wysokiego wzrostu, o nieprzyjemnej twarzy, z nosem czerwonym, nosił binokle. Cała fizjonomia i ruchy jego przypominały lisa. Po chwili obserwowania rozpoczął badanie.
— Proszę sobie dokładnie to przypomnieć, gdzie wy byliście wieczorem o godzinie dwunastej dnia drugiego listopada. Muszę to dokładnie wiedzieć — dodał stanowczym, chrapliwym głosem.
— Ja? Tak, przypominam sobie. Właśnie o tej godzinie byłem tu, w Łomży i okradłem prowianturę, za co już otrzymałem od sądu wojennego dwa lata Gefangnis167 — odparłem śmiało.
Prokurator zerwał się ze swego miejsca, stanął, kilka razy zdejmował binokle, to znów je nakładał, przypatrując mi się bystro i z całym natężeniem. Starałem się wytrzymać jego wzrok i nie zmieszać się przed jego badawczym spojrzeniem, po chwili mnie zapytał:
— Wiele168 wam już lat?
— Dwadzieścia lat — odparłem.
— Wiele razy byliście już karani?