Między kolegami miałem jednego z trzeciego oddziału, syna fabrykanta z Łodzi. Był on o trzy lata starszy ode mnie, a chodziły o nim pogłoski, że spaceruje z dziewczętami i goli sobie brodę. Ja co prawda nie wierzyłem w oszczerstwa rzucane na niego, lecz jakie było moje zdziwienie, gdy na zapytanie, czy prawdą jest, co o nim mówią, otrzymałem potwierdzenie, a co gorsza przyznał mi się, że nie tylko sam to czyni, lecz goli innych. Po tym wyjaśnieniu nie omieszkał mnie bliżej wtajemniczyć w te sprawki, tak ściśle przez rytuał zabronione.
Pewnego piątku zawołał mnie na sam strych jeszywetu, gdzie już siedziało ośmiu uczniów z trzeciego i czwartego oddziału. Po zaryglowaniu drzwi zaczęli się golić, po kolei prosząc mnie, bym ich mydlił, bo sam nie miałem jeszcze co golić.
Początkowo próbowałem ich upomnieć, że to śmiertelny grzech się golić, lecz oni wyśmiali mnie, a mojego kolegę, co był głównym organizatorem fryzjerni, upominali, że takich głupich wtajemnicza, mogą ich jeszcze wydać. Lecz ten zapewnił, że zna mnie, że nie ma się czego obawiać, jest też pewny, iż niezadługo i ja się będę golił, czemu stanowczo zaprzeczyłem.
Taki stan rzeczy trwał dość długo. W każdy piątek po cichu i dyskretnie wtajemniczeni sunęli bezszelestnie po schodach aż na sam strych. Był tam pokój przeznaczony na stare książki. Otwierano go przy pomocy dobranego klucza. Nikogo tam nie wpuszczano bez hasła, a hasło co piątek było inne. Golić się zaczynali wtedy dopiero, gdy wszyscy byli już obecni. Pokój ten nie tylko służył na fryzjernię, ale także palono tam papierosy, nawet grano w karty, starsi opowiadali przy tym o kobietach, opierając swe twierdzenia na Talmudzie, mianowicie, że rozkosze, jakie kobieta daje mężczyźnie, równają się rozkoszom raju. Śmiali się ze mnie, ponieważ byłem najmłodszy i rumieniłem się, słuchając o tych „nibuł pe”35. Nie wiedzieli oni, że rumieniłem się ze wstydu, przypominając sobie pobyt na pierwszej stancji. Śmiałem się zarazem z nich w duchu, że rozprawiają o tym, o czym nie mają pojęcia i dlatego jedynie fantazjują.
Często też jeden drugiemu się zwierzał, iż swatają mu ładną dziewczynkę — o brzydkiej nikt nie wspominał — i że nawet ją widział bez jej wiedzy36, lecz mały ma posag. Znalazł się wówczas jeden, który twierdził, że gdyby pokochał naprawdę kobietę, to by się nawet ożenił bez posagu, lecz natychmiast go wszyscy wyśmiali.
Był i taki, co na temat miłości pisał już wiersze i nam po kryjomu czytał, przy czym gdy objaśniał o miłości, tak się zapalał, że musieliśmy go uspokajać, bojąc się, by nas kto nie podsłuchał. Twierdził on, że nie tylko ładne i cnotliwe można kochać, ale też brzydkie i lekkich obyczajów. Znalazł się i taki, który przysiągł, że na własne oczy widział w Warszawie kobietę lekkich obyczajów i że go nawet zapraszała do swojego mieszkania. „Ładna była — mówił — i szatan mnie opętał tak, że już gotów byłem udać się z nią, gdy wtem stanęła mi przed oczyma matka, co przed rokiem umarła, musiałem więc uciekać z całych sił, by nie ulec pokusom”.
Temu opowiadaniu przysłuchiwaliśmy się niedowierzająco. Przyszedł mu jednak nasz poeta z pomocą i wyjaśnił nam, że Bóg daje jakiś znak człowiekowi w ostatniej chwili, by go powstrzymać od złego. O podobnym wypadku jest nawet opowiadanie w Talmudzie. Wszyscy nalegaliśmy, aby nam opowiedział tę powiastkę, na co się chętnie zgodził, gdyż nie zawsze chcieliśmy go słuchać.
— Otóż żył sobie człowiek, który był zawsze pilny w noszeniu „cicis”37. Usłyszał on, że w jednym z miast zamorskich mieszka kobieta, która oddaje się za złotych czterysta, płatnych z góry. Posłał więc jej oznaczoną kwotę, wyznaczając termin swego przyjazdu. Gdy stanął u jej drzwi, służąca zameldowała go swej pani. Ta kazała go zaraz wprowadzić, a gdy wszedł, ujrzał siedem łóżek, jedno nad drugim: sześć ze srebra, połączonych ze sobą drabinką srebrną i jedno łóżko złote, połączone z tamtymi drabinką złotą. Kobieta weszła do górnego łóżka i obnażając się, oczekiwała gościa. Gość począł wchodzić na drabinkę, wtem jego czworo „cicis” uderzyło go w twarz. Zszedł więc prędko i usiadł na ziemi. Widząc to, ona zawołała: „Przysięgam ci, że nie wpierw cię puszczę od siebie, dopóki nie powiesz, co za feler ujrzałeś u mnie”. Na to on odrzekł: „Przysięgam ci także, że takiej pięknej kobiety jak ty nie widziałem jeszcze w życiu. Dano mi wszakże jedno przykazanie, które ustanowił nasz Bóg do przestrzegania, a nazywa się »cicis«. W tym to przykazaniu Bóg nam powiedział dwa razy: »Jestem waszym Bogiem. Jam jest, który później będę się domagał rachunku. Wynagradzać będę za dobre uczynki, a za złe będę karał«”. Słysząc to, owa kobieta rzekła: „Ja cię nie puszczę, póki nie powiesz, skąd pochodzisz, jak się nazywasz, jak się nazywa twój rebe i szkoła, w której się uczysz”. Napisał jej to wszystko i opuścił ją natychmiast. Po tym zdarzeniu kobieta owa wszystkie swe dobra rozdzieliła na trzy części: jedną część przekazała państwu, drugą rozdała biednym, a resztę wzięła ze sobą oprócz tych siedmiu łóżek i udała się do wskazanego jeszywetu do rebego. „Rebe Hijo! — rzekła. — Rozkazuj, a przyjmę religię waszą”. Rebe odrzekł: „Córko, może ci się spodobał który z moich uczniów?” Ona mu wtedy podała pismo, a rebe powiedział: „Idź, bierz, co sobie kupiłaś. Na tym samym łóżku, na którym mieliście spać w grzechu, będziecie teraz spać za moim przyzwoleniem. To jest zapłata za dobre uczynki, zapłata na tym świecie, a na tamtym kto wie, jaka jest nagroda...”
Po skończeniu tej opowiastki nasz poeta dodał jeszcze od siebie wyjaśnienie, że tego człowieka Bóg uratował w ostatniej chwili, za spełnienie zaś jego przykazania dał mu kobietę za żonę. Po namyśle dodał: „Czy nie lepiej się żenić i bez grzechu mieć to, co jest najrozkoszniejsze na świecie?...”